Pierwszego maratonu nigdy się nie zapomina, w szczególności tego ukończonego we względnie dobrym zdrowiu. Wszystko co „pierwsze” jest wyjątkowe i niezapomniane. Pomijam niewypały... ;)

REKLAMA
Czy zapamiętam swój pierwszy maraton? Na pewno. Pierwsze 42195 metrów wyryło w mym sercu i mięśniach bolesną lekcję pokory. Silesia Maraton już zawsze będę kojarzył nie tylko ze świetnym biegiem, ale i okrutnym cierpieniem. 3-go Maja na trasie Silesia Marathon dokonałem autodestrukcji, przeżyłem koszmar, osiągnąłem stan nirwany, przeszedłem przez dziesiątki chwil zwątpienia, by w końcu doświadczyć błogiego uczucia dobiegnięcia do mety. Ale zacznijmy od początku...
Do Katowic przyjechałem dzień wcześniej, korzystając z zaproszenia pewnych dobrych duszyczek. W bieganiu piękne jest to, że daje ono możliwość podróżowania i poznawania szalenie ciekawych ludzi. Miałem to szczęście, że osoby, które postanowiły pomóc mi w moim debiucie maratońskim, potraktowały mnie iście królewsko i obdarzyły mnie ponadprzeciętną troską. Jestem Wam dozgonnie wdzięczny i ponownie uwierzyłem w dobro :). Przed starem nie musiałem się martwić dosłownie o nic, co pozwoliło mi na pełne skupieniu się na biegu. Patrząc na całą sytuację z nieco innej perspektywy, przebywanie w towarzystwie wyjątkowych osób może być zgubne, czego doświadczyłem na własnej skórze.
Polska gościnność to nie pusty slogan. Gospodarze, którzy przygarnęli mnie pod swoje skrzydła, okazali się być tak sympatycznymi i ciekawymi ludźmi, że przegadaliśmy całą noc, na której nie zabrakło wina... Nie będę Was czarował, że na kilkanaście dni przed maratonem prowadziłem higieniczny i sportowy tryb życia. Było wręcz odwrotnie. Mało spałem, mało trenowałem, dużo pracowałem i bynajmniej nie była to praca treningowa. Nie jestem hipokrytą, wolę pisać jak jest niż zaklinać rzeczywistość, choć wiem, że prowadząc serwis o bieganiu i zdrowym trybie życia, powinienem być wzorem. Choćbym sobie tego życzył, daleko mi do tego... Bieganie traktuję jak nieodłączny element mojego życia, zachowując jednocześnie duży dystans do mojej pasji. Mając do wyboru bieganie i zabawę, wybieram jedno i drugie, dlatego nie mogłem się powstrzymać, aby odmówić konsumpcji krwistego płynu w zacnym towarzystwie.
Wino
Rozmowy o życiu przy lampce wina, skończyłem o czwartej nad ranem, a start maratonu przewidziano na godzinę 9.00... Dwa dni przed maratonem nie mogłem usnąć i spałem w sumie cztery godziny. Dzień przed maratonem doświadczyłem dwóch godzin snu. 6 godzin snu przez dwa dni, nie jest porażającą dawką odpoczynku, tym bardziej, jeśli planujesz wystartować w maratonie. Nie wspomnę o kilkunastu godzinach spędzonych w podróży, które nie dodają energii. Nie od dziś wiadomo, że PKP dbając o najwyższy komfort podróży, wysysa z pasażera całą energię. A to wszystko w cenie biletu... Patrząc z boku, trzeba przyznać, że mój organizm z pewnością nie ma ze mną dobrze, a to co wyczyniam absolutnie nie jest godne naśladowania. Kiedy opowiedziałem o tym mojej mamie, skwitowała moje zachowanie w trzech słowach: „lecz się. Synek...”.
Swoje przygotowania do maratonu opisywałem [url=http://treningbiegacza.pl/boje-sie-swojego-debiutu-w-maratonie-blog[/url] dlatego nie będę ponownie rozwodził się nad tym, że wystartowałem w maratonie bez przygotowania. Porwałem się z motyką na słońce, i tyle. Nie mając jakiejkolwiek podbudowy treningowej, postanowiłem wystartować na królewskim dystansie, nie mając na swoim koncie doświadczenia na dystansie nawet o połowę krótszym. Jak widać, człowiek lubi ryzyko, adrenalinę, i chyba ból, czego jestem przykładem. Wróćmy jednak do samego startu...
Agonia krok po kroku
Godzina 9.00, start Silesia Marathon spod Katowickiego Spodka. Organizacja biegu na bardzo wysokim poziomie, pozwoliła w pełni skupić się na przemyśleniu taktyki i spokojnym rozrysowaniu w głowie planu działania. Pomimo wczesnej godziny, słońce już zaczęło dawać się we znaki i było oczywistym, że zadebiutuję w warunkach podchodzących pod ekstremalne, czyt. żarze lejącym się z nieba. W upale ciężko o dobry wynik, dlatego zadecydowałem, że zamiast planowanych 2 h 48' zadowolę się wynikiem poniżej 3 godzin, co jak na debiut w pełni by mnie zadowoliło. Scenariusz rozegrania biegu przewidywał również mniej optymistyczną wersję, czyli tzw. „odcięcie prądu” w okolicach 25-30 kilometra. W swoich pseudo przygotowaniach do maratonu, praktycznie w ogóle nie biegałem powyżej 60 minut, stąd moje pesymistyczne kalkulacje.
Pierwsze 10 kilometrów (bez żadnych problemów), pokonałem w 42 minuty z małym hakiem. Kolejne 10 było podobne. Biegło mi się naprawdę dobrze. Połówkę minąłem w czasie 1h27'XX, co jest moim nowym rekordem życiowym, ponieważ, był to mój pierwszy raz... Na tym etapie wszystko szło zgodnie z planem, a nawet delikatnie wykraczało poza założenia. Po 22 kilometrze poczułem się bardzo dziwnie, na tyle, że nie potrafię opisać sygnałów, które już zaczął wysyłać organizm do mojego mózgu. Wydaje się, że część komórek mojego ciała po prostu zaczęła strajk. W każdym razie zacząłem przeczuwać, że za kilkanaście minut stanie się coś niedobrego. Nie myliłem się. Lawina nieszczęścia bezlitośnie zmierzała w moją stronę, nie zważając na to, że i tak jestem bezbronnym, małym chłopcem. Na 25 kilometrze odczułem rosnące bąble pod stopami, każdy kolejny krok sprawiał mi ból, który w połączeniu z upałem stawał się nie do zniesienia. Do 30 kilometra jeszcze jakoś dawałem radę, utrzymując tempo na granicy 4'30'' na kilometr. Po 30 kilometrze nastąpiło apogeum cierpienia. Nogi odmówiły posłuszeństwa i kompletnie nie chciały ze mną współpracować, mięśnie stały się twarde, a pęcherze pod stopami potęgowały ból. Jednymi słowy byłem biednym małym żuczkiem, bez nóżek...
Zaduch i upał sprawiał, że czułem się jak wiór. Na 33 kilometrze niebezpiecznie zwolniłem do 6'30'' na kilometr, co w moim przypadku nie jest nawet truchtem. Przed oczyma jawiły mi się apokaliptyczne obrazy, a okoliczne przydrożne rowy, zachęcały do odbycia krótkiego odpoczynku w postaci drzemki. Coraz bardziej wątpiłem w zasadność katowania się na trasie biegu w imię ambicji. Przecież babcia zawsze powtarzała, że zdrowie jest najważniejsze, a bieganie złe, bo człowiek się poci...
Po 35 kilometrze, w efekcie ogromnego zmęczenia i piekielnych snopów słońca, przez moją głowę przechodziły paranoiczne myśli, których nie powstydziłby się nie jeden narkoman na haju. To było straszne. Naprawdę nie było mi do śmiechu. Punkty odżywcze były ustawione co 5 km i to tylko dzięki nim przetrwałem agonię. Każdy punkt odżywczy był jak oaza na środku pustyni, natomiast wszystko pomiędzy nimi to wcielenie zła. Od 36 kilometra nie wiele pamiętam, w każdym razie co chwilę ktoś mnie wyprzedzał, a to nie działa motywująco. Poza tym przeplatałem marsz z truchtem, co kilkaset metrów zatrzymywałem się... Aha, zapomniałbym dodać, że na 30 kilometrze, kiedy chciałem wciągnąć żel energetyczny, mocno się rozczarowałem, bo jak się okazało, ktoś skonsumował życiodajny żel za mnie. Na szczęście już byłem w takim stanie, że nie chciało mi się dochodzić kto połasił się na moją ostatnią deskę ratunku za 9.90 zł. Życzę tej osobie smacznego. Mam tylko nadzieję, że żel nie był za słodki i szybciutko się wchłonął.
Od 38 kilometra byłem bliski decyzji o rzuceniu tego całego maratonu w cholerę. Wtedy do uszka, dyskretnie przemówił do mnie rozsądek i zasugerował, że wycofanie się z biegu na 4 kilometry do mety, jest jeszcze większą głupotą niż start w maratonie bez przygotowania. Zgodziłem się z nim i świńskim truchtem biegłem dalej, w przerażającym tempie 7 minut na kilometr. Energii na trasie dodawały mi piękne okoliczności przyrody przechadzające się po parku Chorzowskim. 39 i 40 kilometra nie pamiętam. Film się urwał.
41 kilometr stanął pod znakiem dziewczyny, która zmierzała po zwycięstwo w kategorii kobiet. Nawet fakt, że wyprzedza mnie kobieta nie zmobilizował mnie do podjęcia walki o zachowanie resztek męskiej dumy. Jej działający na wyobraźnie, subtelny tatuaż na lędźwiach i seksownie mokra koszulka również nie były inspirujące. Miałem wszystko w dupie (najbardziej nogi), chciałem już w końcu minąć tę pieprzoną metę i oddać się odpoczynkowi. W końcu moim oczom ukazała się tabliczka informująca, że do mety zostało jedynie 500 m. Odruchowo spojrzałem się za siebie i zauważyłem, że chytrze chce wyprzedzić mnie jakiś dziadzio. Spojrzałem do przodu i po raz kolejny musiałem przełknąć gorzką pigułkę rozczarowania... Kolejny weteran przede mną. Tego było za wiele. Nie wiem jak, ale zdołałem jeszcze zebrać się na ostatni, rozpaczliwy atak. Delikatnie stukając w ekran mojego zegarka, odznaczyłem kolejne okrążenie, by sprawdzić w ile jestem w stanie pokonać dystans 500 metrów będąc w stanie skrajnego wyczerpania. Nie było najgorzej, zegarek wskazał 2 minut i jedną sekundę. To ciekawe, tym bardziej, że ostatnie 10 km pokonałem w nieco ponad 60 minut... Po drodze wyprzedziłem kilka osób, zostawiając w tyle dziadków, którzy zrobili mi z mózgu (a raczej mojej ambicji) poszatkowaną kapustę. Na mecie, jak to na mecie. Padłem. Przez 10 minut leżałem na trawniku i łapczywie łapałem oddech. Wiem, wiem, że po wysiłku nie powinno się kłaść, tym bardziej na zimnej ziemi, ale... Dajcie mi spokój!
Spałem na żołędziach
Co było po biegu? Przede wszystkim ulga, że to już koniec. Następnie zdjąłem buty obrzydzając sobie resztę dnia przez widok moich stop. Potem zabrałem swoje rzeczy z depozytu i instynktownie skierowałem się pod zacienione drzewko. Oparłem plecak o drzewo i poszedłem spać. Miałem gdzieś patrzących się ludzi, wszystko miałem gdzieś... Mniej więcej po godzinie ocknąłem się, bo coś zaczęło mnie uwierać. W sumie powinienem to przewidzieć, po leżenie bez koszulki pod dębem, gdzie leży pełno żołędzi nie jest przyjemne. Usnąłem jak dzik w żołędziach.
Pomiędzy przekroczeniem mety a spaniem na żołędziach, wypiłem jedno piwo. Miałem tego nie pisać, ale i tak już każdy wie, że nie jestem sportowcem a tym bardziej maratończykiem, więc co mi szkodzi? Pokonałem dystans maratonu, ale nie jestem maratończykiem, bo maratończyk to osoba, która 42195 metrów pokonuje biegiem. Od 30 kilometra nie dość, że truchtałem to szedłem szlaczkiem... Jakie płyną treści z mej fantastycznej opowieści? Zastanów się dwa razy zanim porwiesz się na szalony pomysł przebiegnięcia maratonu bez przygotowania.
Amen.
PS ostateczny wynik na mecie 3:21.XX
PS 2 za animację czasu wolnego, pomoc w kwestiach logistycznych i ogólne dobro, serdecznie dziękuję p. Jolancie H., Aleksandrze J. i Benjaminowi K. Jesteście lepsi nawet od piwa po wyczerpującym biegu :-)