Taki dzień, że wszystko jak krew w piach. Nic to, że pogoda doskonała i aż chce się żyć. Czasami głowa nie chce współpracować i kreatywność sięga dna. Co robię?

REKLAMA
Korzystam ze sprawdzonego przepisu starych górali - najpierw lewy, potem prawy.
Starannie sznuruję, a pętelki przekładam przez krzyżującą się sieć sznurków (najpierw lewy, potem prawy - kolejność ma znaczenie - to rytuał, od którego nie ma odstępstw). Potem łyk wody, kilka machnięć nogą w ramach rozgrzewki i wio przed siebie.
Ogień!
Sprawdzona trasa w lesie. Na niebie wanilia, która oznacza, że kolejna doba idzie spać. Wbiegam. Cisza rozwala mi bębenki. Co jakiś czas słychać jakiś leśny trzask, który sprawia, że w człowieku budzą się pierwotne instynkty i nawet duzi chłopcy mają chęć narobić w pory. Bo ciemno, i las... I wyobraźnia pracuje tak, jakby za każdym drzewem była Buka wyjadająca mech z ziemi.
To nic. Adrenalina jest wskazana. Wystarczy 30 minut, by zbierać owoce dotlenienia mózgu. W końcu mój mózg zaczyna współpracować. W ciągu kilku kilometrów biegu wpadam na pomysły, dzięki którym wiem jak stawić czoła zadaniom, które na mnie czekają.
Pięknie.
W bieganiu czasami razem z potem zostawiasz 2 kilogramy problemów, a czasami zbierasz 3 kilogramy pomysłów. Bilans po jakimś czasie i tak się równoważy, a Ty tak czy inaczej wychodzisz na zero.
Ale... jeśli zrozumiesz tą matematykę, to otrzymasz najbardziej wartościowe zero na świecie.