
Od razu zaznaczę, że ani 11, ani 12 czerwca nie będzie mnie na Impact Festival w Łodzi. Nie da się być wszędzie, trzeba wybierać. Czasem to, co bliżej domu, czasem to, co bliższe muzycznemu sercu.
REKLAMA
O braku szczególnej atencji dla Black Sabbath już wspominałem, ponadto moje nie za duże rozterki zakończyła informacja o błyskawicznym wyprzedaniu biletów na ich występ. Natomiast dzień później w tym samym miejscu będzie, jak mniemam, bardziej rokendrolowo. I ciekaw jestem, czy kończący festiwal Aerosmith przebiją tych, co mają pojawić się przed nimi.
Alter Bridge
są formacją utworzoną przez kumpli Scotta Stappa, czyli członków grupy Creed, gdy ta zawiesiła działalność w 2003 roku. Cokolwiek powiedzieć - dobrego lub nie - o jednych i drugich, że epigoni, że post-grunge itd. - będzie to, przypuszczam kawał solidnego łojenia.
W graniu i Creed, i Alter Bridge nie sposób znaleźć cokolwiek odkrywczego, a jednak potężne gitarowe brzmienie robi bardzo, bardzo przyjemne wrażenie. Warsztat więcej niż dobry, sporo niezłych riffów, chwytliwe melodie, ale niemające wiele wspólnego z konfekcją Bon Jovi czy Skid Row. Myślę, że okołogodzinny set może mało popularnej u nas grupie przysporzyć nieco fanów.
*
Gdy zobaczyłem ze dwa lata temu na DVD fragment koncertu Chrisa Bottiego, w którym wokalnie udzielał się Steven Tyler, mało nie padłem z wrażenia. Mr. Tyler wyglądał młodziej niż jego urodziwa córka, tyle że przypominał bardziej niż człowieka brakujące ogniwo w łańcuchu Darwina albo postać z "Planety małp". Kiedyś porównywany do Micka Jaggera, zrobił z siebie karykaturę własnej osoby. Ale dość, może raczej parę słów o tym, czym zarobił na ten zabieg.
Gdy zobaczyłem ze dwa lata temu na DVD fragment koncertu Chrisa Bottiego, w którym wokalnie udzielał się Steven Tyler, mało nie padłem z wrażenia. Mr. Tyler wyglądał młodziej niż jego urodziwa córka, tyle że przypominał bardziej niż człowieka brakujące ogniwo w łańcuchu Darwina albo postać z "Planety małp". Kiedyś porównywany do Micka Jaggera, zrobił z siebie karykaturę własnej osoby. Ale dość, może raczej parę słów o tym, czym zarobił na ten zabieg.
Aerosmith
pierwszą płytę wydali w 1973 roku i wciąż, mimo oczywistych zakrętów w tak długiej działalności, sprzedają swoje płyty w wielomilionowych nakładach. Dobre kawałki trzeba jednak z nich wyławiać - i bynajmniej nie mam tu na myśli nieco kiczowatych wyciskaczy łez typu Angel czy Cryin'. Lecz dla numerów pochodzących z najlepszego okresu kapeli, czyli przełomu lat 80. i 90., chyba warto będzie zobaczyć Tylera, Perry'ego i spółkę. W zestawie nie powinno zabraknąć moich faworytów: Rag Doll, Dude (Looks Like A Lady), Janie's Got A Gun czy Love In An Elevator.
A już następnego dnia - 13 czerwca - startuje Orange Warsaw Festival...
