
Jeszcze nikt nie śnił o punk rocku, new wave czy mod revival, był rok 1972. Czternastoletni Paul Weller zakłada The Jam - kapelę ciupiącą z upodobaniem kawałki Chucka Berry'ego albo Little Richarda. Rok później w składzie byli już Rick Buckler (dr) i Bruce Foxton (voc, bg).
REKLAMA
W końcu kwietnia 1977 roku wychodzi pierwszy singiel grupy - In The City, który niemal natychmiast trafia na listy przebojów. Trio przygotowuje dużą płytę pod tym samym tytułem. The Jam są w podobnym miejscu, co The Clash czy Sex Pistols. Wyróżnia ich to, że nawiązują do
subkultury modsów
z lat 60., obficie czerpią z dorobku The Who i The Kinks. Wystylizowani, starannie obcięci i ubrani m.in. w moherowe marynarki nie pasują do obdartych punków. Grają przebojowe i melodyjne piosenki, więc nic dziwnego, że zarówno single, jak i całe albumy trafiają na czołowe miejsca wszelkich zestawień. Nie przeszkadzają w tym niepokorne teksty.
Do rozpadu zespołu w 1982 roku wydają sześć studyjnych i jeden koncertowy krążek. Weller zakłada później Style Council - zespół, z którym odwiedza nawet Polskę.
*
Jeśli w 2014 roku wrzucam do szufladki This Is The Modern World (1977), drugą pozycję w dyskografii grupy, której dorobku wcześniej nie dane mi było systematycznie konsumować, ucho wystawione jest na niemal dziewicze doznania, zaś nagrania na bezlitosną z perspektywy czasu ocenę. Tymczasem ta muzyka broni się znakomicie, brzmi świeżo i porywa chyba nie mniej, niż w chwili pojawienia się na rynku. I sprawia, że w wolnej chwili grzebię w YT.
Jeśli w 2014 roku wrzucam do szufladki This Is The Modern World (1977), drugą pozycję w dyskografii grupy, której dorobku wcześniej nie dane mi było systematycznie konsumować, ucho wystawione jest na niemal dziewicze doznania, zaś nagrania na bezlitosną z perspektywy czasu ocenę. Tymczasem ta muzyka broni się znakomicie, brzmi świeżo i porywa chyba nie mniej, niż w chwili pojawienia się na rynku. I sprawia, że w wolnej chwili grzebię w YT.
Ileż tych
fal powrotnych
w rocku było. Już w zasadzie o pionierach rocka i rhytm and bluesa w Wielkiej Brytanii można powiedzieć, że całymi garściami czerpali zarówno z rokendrola lat 50., jak i w ogóle z czarnej muzyki. Koniec lat 70. i punkowa rebelia to jednak już zupełnie inny kontekst: ewidentne cofnięcie się w czasie, powrót do nieskomplikowanych utworów opracowanych najczęściej na gitarę (dwie gitary), bas i perkusję. Bez The Jam czy The Clash trudno sobie wyobrazić początki U2, dorobek The Smiths i Pixies.
Z perspektywy widać więcej. I nieraz dokonujemy obserwacji zaskakujących przynajmniej dla samych siebie. W odmętach czasu ginie zdecydowana większość wytworów ludzkiego umysłu, a więc i muzyki. Na powierzchni utrzymują się za to wykonawcy i płyty, których byśmy o to nie podejrzewali. I są to niejednokrotnie bardzo
przyjemne zaskoczenia.
Tak jak w przypadku The Jam. Rokendrol już od wielu lat dopuszcza mieszanie prawie wszystkiego z prawie wszystkim. Nowa jakość tworzy się częstokroć ze starych patentów. Utwory Wellera i jego kumpli mogłyby powstać teraz, dziś - i nikt by się temu nie dziwił. Są krótkie, zwykle niespełna trzyminutowe. Proste do bólu. Znakomite.
