"Twenty Feet From Stardom". Dwadzieścia stóp - tyle mniej więcej dzieli na scenie statyw frontmana od statywu chórku. Niewiele, a jednak bardzo dużo. Dla tych, którzy pragną pokonać tę odległość, a życie realizacji tego celu nie ułatwia. "O krok od sławy" - to nagrodzony Oscarem dokument Morgana Neville'a opowiadający historię kilkorga znakomitych chórzystów.

REKLAMA
Nie każdy może - i pragnie - zostać
liderem.
W życiu, w każdej jego dziedzinie. Mamy zwykle szarą masę, peleton z jego czołówką, środkiem i maruderami jadącymi tuż przed autokarem z napisem "Koniec wyścigu". Tych, którzy wciąż szarpią do przodu, którzy chcą być w szpicy, urwać się stawce - jest niewielu. Z tej grupy część próbuje, ale im nie wychodzi. Czegoś brakuje - talentu, pracowitości? Może tylko i aż splotu kilku sprzyjających i zupełnie niemerytorycznych okoliczności. Uśmiechu losu, szczęścia. Tak jest na każdym polu działalności, ale szczególnie frustrujące okazuje się to tam, gdzie przekroczona zostaje granica między rzemiosłem a sztuką, między byciem wyrobnikiem a artystą. Czego trzeba, by nie zakopać otrzymanego od Boga lub natury talentu? Co musi się stać, by swoje umiejętności objawić światu, by głosem, śpiewaniem realizować się i dawać radość innym? Aby nakarmić wielkie nieraz ego?
Początki chórków
w pop music są niewinne i zwykle mdłe jak serek homogenizowany. Biały wokalista i trzy białe panie o urodzie i, co gorsza, głosach pensjonarek. Gdy jednak wybucha rokendrol, rusza fala soulu, gdy branża - znacznie wcześniej niż inne sfery rzeczywistości - dopuszcza do głosu czarnych, okazuje się, że wszystko to może nabrać zupełnie innego wymiaru. Protestanckie kościoły i gospel stają się wylęgarnią mnóstwa fantastycznych głosów. Te powoli, zrazu jako backing vocals czarnych wykonawców, zaczynają być wchłaniane przez rynek muzyczny. W filmie mamy wskazane przykłady zespołów Raya Charlesa oraz Ike'a i Tiny Turnerów.
Boom lat 60. na Wyspach Brytyjskich, zorientowanie młodych wykonawców na muzykę czarnych także otworzył spore możliwości w tej części szołbiznesu. Po chórki tworzone z czarnych dziewczyn chętnie sięgali m.in. Joe Cocker czy Rolling Stones. Z tymi drugimi oraz Mary Clayton związana jest chyba najciekawsza anegdota całego filmu. Otóż dama ta została wyrwana w środku nocy ze snu i ściągnięta do studia nagraniowego, by zaśpiewać partię w Gimmie Shelter, otwierającym genialny album TRS Let It Bleed z 1969 roku.
Frontmani, słynni artyści bardzo chętnie i
z wielkim szacunkiem
opowiadają w filmie o swoich chórzystach: Bruce Springsteen, Sting, Mick Jagger. Może ludziom spełnionym łatwiej jest chwalić innych? A ci inni, choć czasem bardzo pragnęli przebić się na pierwszy plan, zostać solistami, nie dali rady. Film nie stara się definiować przyczyn tych niepowodzeń. Zwykle nie nazywa wprost - np. tego, że wielu spośród nich zdanych było po prostu na odtwórstwo, czekanie na to, co napiszą dla nich inni. Mówi jednak wyraźnie, że wśród powodów, dla których obdarzeni fenomenalnym głosem ludzie nie zrobili kariery, dominują zwykle względy pozamuzyczne. Splot niesprzyjających przypadków. Część z nich nie wytrzymała ciśnienia, odeszła z branży, część - niespełniona - wciąż po cichu liczy na swoje pięć minut. Wykonawcy starsi wiekiem, świadomi, iż większość życia mają już poza sobą, są pogodniejsi. Młodsi wciąż jeszcze bardzo liczą na to, że karta się odwróci.
Tak jak Judith Hill, chórzystka Michaela Jacksona, która z goryczą mówi, że
być może jesteśmy w miejscu, w którym powinniśmy być,
ale wewnętrzny głos ciągle jej podpowiada, że stać ją na więcej, ego domaga się nie okruchów ze stołu, a całego kawałka tortu. Spośród bohaterów filmu udało się tylko Darlene Love. Przed laty, sfrustrowana, rzuciła śpiewanie i zajęła się sprzątaniem domów, ale długo nie wytrzymała. Wróciła, by wreszcie odnieść sukces i trafić do Rock and Roll Hall of Fame.
Pogodzona z losem wydaje się też Lisa Fischer, od 1989 roku stała chórzystka Stonesów. Ale nietrudno dopatrzeć się goryczy w wyznaniu, że inni rzucili to w diabły, pozakładali rodziny, mają dzieci, tymczasem ona wybrała muzykę i - samotność. I mimo wielkiego uznania branży, pozostała mistrzynią drugiego planu. Współpracującą z największymi, ale z pozycji chórzystki. Czy życiowy rachunek się zgadza?
Kluczowe okazuje się zdanie, iż
jedni zrobią wszystko dla sławy, inni chcą po prostu śpiewać.
Muzyka jest narkotykiem, który wciąga, niekoniecznie odpłacając za poświęcenie dla niej absolutnie wszystkiego. Swoiste motto filmu stanowi piosenka Lou Reeda Walk On The Wild Side, a zwłaszcza jej fragment "And the coloured girls say doo doo doo doo...".
Pojawia się też smutna refleksja, że od lat 90. muzyczna produkcja poszła w tę stronę, iż piosenki obywają się bez backing vocals. Bez tej smakowitej przyprawy całości. Bez zapamiętania, z jakim każdy oddany sprawie chórzysta pozostawia solistę samemu sobie, a robi wszystko, by śpiewać idealnie równo ze swoimi kolegami czy koleżankami.
Można dyskutować, czy O krok od sławy to film na miarę aż Oscara, ale miłośnicy muzyki pop drugiej połowy XX wieku znajdą w nim wiele smakowitych kąsków. Bo wspaniałe piosenki są tego obrazu najmocniejszą stroną. To tyleż oczywiste, co magiczne. Dla każdego, kto bez ciągłego ich konsumowania nie wyobraża sobie życia.