
Jack White wreszcie trochę zwolnił. Całe dwa lata kazał czekać na swój nowy album. Czy warto było?
REKLAMA
Tak bardzo chciałbym, by mnie wreszcie zachwycił, oczarował. Bym z pełnym przekonaniem mógł powiedzieć, że nagrał materiał znakomity, porywający. Tymczasem znów czegoś mi brak. Niewiele, kropki nad "i", tego czegoś, co sprawiłoby, bym poczuł się w pełni usatysfakcjonowany, dopieszczony.
Krążek jest
kontynuacją Blunderbuss
pierwszej jego solowej płyty z 2012 roku. Żadnych zaskoczeń - eksplorowanie klimatów panujących w rocku przed czterema, a nawet pięcioma dekadami nadal jest myślą przewodnią twórczości JW III, rejestrowanie materiału na starym, analogowym sprzęcie - również.
Lazaretto - lazaret, wojskowy szpital. Działający w polowych, trudnych warunkach. Linia muzycznego frontu przebiega gdzieś niedaleko, raz po raz słychać odgłosy wybuchów, starć - wpływy bardzo wielu wykonawców, zwłaszcza tych z lat 60. poprzedniego stulecia, mieszają się bezustannie, raz jedni, raz inni biorą górę. W lazarecie nie ma miejsca ani czasu na długi proces leczenia. Tu chodzi o życie - trzeba działać szybko, natychmiast - opatrywać najgorsze rany, łatać rozprutą skórę, wnętrzności, sklejać potrzaskane kończyny. Szyć niekoniecznie po mistrzowsku, warunki przecież dalekie od sterylnych, od klinicznej czystości, za to sprawnie i szybko. I zaraz pochylać się nad następnym pacjentem, następną pieśnią.
Ta formuła chyba już pozostanie z White'em na zawsze:
daleko od mozolnej pracy w studiu,
ciągłego siedzenia i poprawiania, wycinania i wklejania kolejnych implantów. Rokendrol w swej pierwotnej postaci: prostota lat 50. i 60., wręcz punkowy brud - tak ma być i koniec.
Zaczyna się porywająco - od numeru Three Women, natychmiast kojarzącego się z najlepszymi dokonaniami Atomic Rooster: charakterystyczne współbrzmienia organów Hammonda i gitary, przenikanie się organów i fortepianu - Vincent Crane uśmiecha się szeroko gdzieś z zaświatów: świetne otwarcie niespełna czterdziestominutowego albumu.
Równie mocno rozpoczyna się drugi na krążku, tytułowy utwór. Dużo w nim przesterowanej gitary w nieco hendrixowskim czy creamowym stylu, ale pod koniec trzeciej minuty na pierwszym planie pojawiają się skrzypce - swego rodzaju wprowadzenie do kolejnej piosenki: Temporary Ground. Country to dla White'a coś bardzo naturalnego. A przecież słychać tu klimaty w stylu Country Tonk Rolling Stones, a jeszcze bardziej te rodem z Led Zeppelin III, gdzie fascynacja amerykańskim
folkiem i country
tak bardzo dała o sobie znać. Damski wokal ponadto sytuuje nas bardzo blisko Raising Sand, wspólnego dzieła Roberta Planta i Alison Krauss.
Po mniej oczywistym, a bardzo dobrym Would You Fight For My Love? mamy zeppelinowskie riffy toczące bój z pianem w duchu Keitha Emersona (High Ball Stepper).
Singlowy Just One Drink zaczyna się w stylu The Who, by zaraz rozlać się pomiędzy kamieniami szlachetnymi firmy The Glimmer Twins. Kolejne dwie pozycje na płycie znów dowodzą fascynacji rockmana tym, co ludowe i mejd in juesej. A po nich JW serwuje The Black Bat Licorice oraz I Think I Found The Culprit, ten drugi przywołujący ducha wspaniałych średniotempowych długasów Rolling Stones. I wreszcie - relatywne - wyciszenie i spowolnienie w Want And Able na koniec.
Moje ucho skupione wyłącznie na dźwiękach stoi w
progu muzycznego szczęścia.
Słychać wyraźnie, że mamy do czynienia ze znakomitym materiałem, rewelacyjnymi piosenkami. Tyle że znów - tak jak na Blunderbuss - całość przypomina bardziej szkicownik niż efekt finalny. I tak bardzo mi żal, i bardzo mi to przeszkadza. Bo jestem przekonany, że niejedna z tych piosenek zostanie wzięta kiedyś na warsztat przez innych wykonawców, także - być może - mistrzów White'a. I oni uczynią z nich prawdziwe perły. Ale - powtórzę po dwóch latach - czemu, do cholery, nie sam White, jeśli ma wszystko, co do tego potrzebne?
