
Ta muzyka bez trudu pokonuje przeszkodę nie do przejścia dla słabych płyt - trzeciego, piątego odsłuchania - mianowicie smakuje coraz bardziej. Na "Yearn" składa się po prostu dziesięć piosenek w większości bardzo szlachetnych i dojrzałych.
REKLAMA
*
Rockowe puzzle wydają się od dość dawna rozpoznane. Jeśli nie wszystkie, to zdecydowana ich większość. W ten sposób pozostaje więc najczęściej próba ułożenia ze znanych elementów czegoś, co będzie się wyróżniać z pomieszanej i peklowanej na niezliczoną ilość sposobów pulpy.
Rockowe puzzle wydają się od dość dawna rozpoznane. Jeśli nie wszystkie, to zdecydowana ich większość. W ten sposób pozostaje więc najczęściej próba ułożenia ze znanych elementów czegoś, co będzie się wyróżniać z pomieszanej i peklowanej na niezliczoną ilość sposobów pulpy.
Urodzony w Wołowie na Dolnym Śląsku Piotr Jan Brzeziński – Peter J. Birch jest zaledwie dwudziestotrzyletnim, a więc bardzo młodym człowiekiem, którego popularność powoli, lecz ciągle rośnie. I to powolne wspinanie się po szczeblach kariery chyba dobrze wróży, uczy bowiem pokory i wytrwałości. Jako solista ma na koncie debiutancką EPkę In My Island z 2010 roku i dwa albumy: When The Sun's Risin' Over The Town (2013) oraz jeszcze ciepły
Yearn,
który ukazał się 8 września. I jest, jak mówił Birch już przed rokiem, tuż po zarejestrowaniu materiału, nieco inny od tego, co robił do tej pory.
Czego na tej płycie nie ma? Z pewnością fajerwerków. Peter J. wybitnym instrumentalistą nie jest, jego gra na gitarze akustycznej nie odznacza się jakąś szczególną biegłością. Liryczne klimaty w męskim wydaniu też już przerabialiśmy niejednokrotnie, duchy przeróżne unoszą się nad tymi piosenkami, od duetu Simon & Garfunkel i Cata Stevensa aż po - o tym mówi najchętniej sam artysta - pieśniarzy country i folk. Nie zaskakują też elektroniczne ozdobniki, a i brzmienie sześciu strun wzbogacone o szereg innych instrumentów niczym odkrywczym nie jest.
A przecież jest
smacznie
– i to bardzo. Nawet jeśli raz po raz mamy nieodparte wrażenie, że skądś to znamy, że już to słyszeliśmy – muzykalność, umiejętność wymyślania ładnych melodii jest wielkim atutem Brzezińskiego. I tak samo jak na rynku zawsze zmieści się kolejna porcja porządnego, stylowego łojenia, tak zdecydowanie rację bytu będą miały staranne przygotowane piosenki, przy których można się będzie nieco wyciszyć i uspokoić. Oraz podelektować. Tym, jak – powtórzę – z dobrze znanych elementów – utalentowany człowiek buduje coś nowego, z dużym smakiem i kulturą muzyczną. Czerpiąc zarówno z dorobku uznanych solistów, jak i posługując się patentami stosowanymi przez kapele rockowe.
Cholernie mocnym punktem programu jest
głos
Bircha. Dysponuje on zadziwiająco szeroką skalą i porusza się po niej z dużą swobodą i wyczuciem. Potrafi zgrabnie ciągnąć falsety niczym Thom Yorke - na przykład w Home czy I malted in your heart, w którym zresztą elektronika to wielki ukłon w stronę Radiohead (ten utwór zwrócił od razu moją szczególną uwagę). Tak samo uwodzić głębią wokalu w stylu Nicka Cave'a na przemian z matowością à la Roger Waters - w czasach, gdy ten umiał jeszcze śpiewać - oba te tropy odnajduję w niepokojącym, bardzo floydowskim Fate. Ale pojawiają się też brudy i przestery kojarzące się z grunge'em czy, jeszcze bardziej, z wczesną PJ Harvey - jak w Inexcusable blues lub w finale Away from love. Najwięcej jednak jest tego, co amerykańskie - Dylanem (i Like A Rolling Stone) pachnie już w otwierającym krążek Don't know what to do about myself.
Ta muzyka bez trudu pokonuje przeszkodę nie do przejścia dla słabych płyt - trzeciego, piątego odsłuchania - mianowicie smakuje coraz bardziej. I powoli zapominamy o tym, że nikt dziś, a więc pieśniarz też, nie jest samotną wyspą i nieuchronnie jego dokonania naznaczone będą takimi lub innymi lekturami, fascynacjami - czyli wpływami. Na Yearn składa się po prostu dziesięć piosenek w większości bardzo
szlachetnych i dojrzałych.
Peter J. Birch udziela się przede wszystkim solo, ale również jako perkusista zespołu Turnip Farm, z którym nagrał dwie płyty, oraz gościnnie (np. w projektach Break Horses czy Ocean of Noise). Bardzo dużo koncertuje, zarówno w maksymalnie kameralnych warunkach - w tym roku odbył trasę po Polsce, grając w... mieszkaniach, lecz ma też za sobą występy na OFF Festivalu i Open'erze. Dopiero co powrócił z koncertów m.in. w Berlinie, Dreźnie, Monachium, Wiedniu, Pradze i St. Gallen w Szwajcarii, a znów ruszył w trasę po naszym kraju.
Ciekaw jestem, jak potoczy się jego kariera. Ta muzyka, jak sądzę, sprawdzi się w każdych warunkach: małych klubów, sal na kilkaset miejsc, ale także - oby kiedyś tak się stało - w większym składzie w większych obiektach, gdzie rozmachu i przestrzeni tym utworom nadadzą instrumenty klawiszowe.
Póki co życzyć należy spełnienia marzenia, jakim jest wyjazd do Stanów i zagranie dla ludzi tam, u źródeł. A przede wszystkim pogratulować nowej płyty - Birchowi oraz jego kolegom, Przemysławowi Wejmannowi i Mariuszowi Szypurze, a ponadto, last but not least, Agencji Borówka Music. Jednej z najpiękniejszych polskich płyt wydanych w 2014 roku.
(Na talerzu lub w szufladce: Peter J. Birch, Yearn, 2014)
