O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Jak zaraziłem się odrą, świnką i muzyką (1)

Nie zapomnę błysku, jaki mieli w oczach moi bracia. Tego pietyzmu i nabożnej czci, z jaką starszy z nich wyjął krążek z okładki, a następnie foliowego worka, i położył na talerzu. Podniósł ramię, jak to się wtedy mówiło, adaptera, odchylił je w prawo, co powodowało uruchomienie napędu talerza, i delikatnie położył igłę na „rozbiegówce” płyty.


*
Od czego to wszystko się zaczęło? Szukam w pamięci jakiegoś konkretnego, pierwszego muzycznego obrazu, ale – jak to zwykle bywa – znajduję nie jeden, ale strzępy przynajmniej kilku.

Mam parę lat i biorę do ręki plik bardzo starych płyt, wytwarzanych z kruchego szelaku, tych na siedemdziesiąt osiem obrotów. Jedna z nich spada na podłogę i tłucze się. Z niepokojem spoglądam na rodziców siedzących obok, ale mama tylko mówi: „Nic się nie stało”.


Jakaś, jedna z wielu, popołudniowa „sesja muzyczna” – uświadamiam sobie, że dopóki rock’n’roll nie zawładnął głowami i sercami moich starszych braci, zdarzało się, iż słuchaliśmy płyt całą rodziną – pamiętam jakieś pocztówki z Małym księciem Katarzyny Sobczyk czy piosenkami Krystyny Konarskiej oraz sióstr Panas.




W drugiej połowie lat 60. pojawia się "Symfonia" - sporych rozmiarów

radioodbiornik z gramofonem

w jednej obudowie. Wyposażony był w tzw. magiczne oko – charakterystyczną lampę będącą wskaźnikiem dostrojenia do częstotliwości nadawania wyszukiwanej stacji. Posiadał otwieraną z góry pokrywę, w tylnej ścianie wycięty podłużny otwór, aby móc zmieścić na talerzu płytę długogrającą. Ponadto przełącznik obrotów: 78 (na najstarsze, łamliwe), 45 (na single i tzw. czwórki) i 33 i 1/3 obrotu na minutę na LP.


Pierwsze "epokowe" wspomnienie – to, które odmieniło życie i świadomość dwóch nastoletnich chłopaków i jednego pięcioipółletniego brzdąca. 1968 rok, styczniowa wizyta mojej znacznie starszej kuzynki z mężem. I obok urodzinowego prezentu dla mamy –

Dziwny jest ten świat,

czyli pierwsza długogrająca płyta Czesława Niemena. Nie zapomnę błysku, jaki mieli w oczach moi bracia, Grzegorz i Andrzej (ja też, choć znacznie mniej z tego rozumiałem). Tego pietyzmu i nabożnej czci, z jaką Grześ wyjął krążek z okładki, a następnie foliowego worka, i położył na talerzu. Podniósł ramię, jak to się wtedy mówiło, adaptera, odchylił je w prawo, co powodowało uruchomienie napędu talerza, i delikatnie położył igłę na „rozbiegówce” płyty.



Muzyczne drogi rodziców i nas, trójki ich synów, rozeszły się bezpowrotnie. Ta płyta to nie było jakieś tam cięcie nożycami – lecz potężne

uderzenie topora.

Lawina ruszyła. Młodość moich braci, a moje dzieciństwo, to najwspanialszy okres w muzyce rokendrolowej. Wtedy nie mogliśmy tego wiedzieć, takie rzeczy widać dopiero z pewnego oddalenia, z perspektywy czasu, ale nikogo nie muszę przekonywać, że okres 1965-1975 zaowocował najwspanialszymi płytami rockowymi.



Drugie istotne wspomnienie – tata z Andrzejem powracający "z miasta". Ojciec na zakupach to w ogóle był w naszym domu ewenement, ale on kupujący magnetofon, kiedy już wiedział, że pod rodzinnym dachem nie będzie rozbrzmiewać łagodna i banalna piosenka pop o tradycjach francusko-włoskich, to wydarzenie bez precedensu (bo też nigdy potem nie przyłożył ani ręki, ani portfela (poza paroma płytami-prezentami przywiezionymi ze Związku Radzieckiego), ani ucha do naszych fascynacji.



A jednak – wtedy, w późnojesienny wieczór 1970 roku - stali w drzwiach z

ZK120,

produkowanym w Polsce na licencji Grundiga. Prostym, dwuścieżkowym magnetofonem szpulowym, ale przecież pozwalającym nagrywać prezentowane w Trójce utwory zachodnich wykonawców (w tamtych czasach nikt nie mówił o takich kwestiach, jak prawa autorskie). Podniecenie Grzesia mieszało się z żalem i złością, że to nie on był obecny przy zakupie, że przecież, jako esteta i uczeń Technikum Radiowo - Telewizyjnego, wybrałby lepszy egzemplarz.



Ale po chwili było już tylko podniecenie. Pierwsze nagranie dokonane za pomocą zwykłego mikrofonu marki Tesla, który stanowił załącznik do magnetofonu. Słowa „Spóźniłem się” Andrzeja dotyczące ułamka sekundy, o który zbyt późno włączył nagrywanie, i palec na ustach Grzegorza.

Parafrazując Jerzego Pilcha: powiedzieć, że do dziś pamiętam ich płonące spojrzenia, to nic nie powiedzieć.