W piątkowy wieczór w katowickim "Rialcie" Dawid Podsiadło dał ostatni koncert z materiałem, którego podstawę stanowiły utwory z albumu "Comfort And Happiness". Ostatni z towarzyszeniem muzyków, z którymi przez miniony rok grał koncerty w całym kraju.

REKLAMA
Mniej zorientowanych sympatyków Pana Dawida spieszę uspokoić. Młody artysta bynajmniej nie ma zamiaru kończyć kariery. Za kilka dni bowiem ukazuje się debiutancki album macierzystej formacji DP -
Curly Heads.
I, najwyraźniej - co było widać w telewizyjnym minireportażu w sobotnie przedpołudnie - głową i sercem jest już ze swoimi przyjaciółmi i premierowym repertuarem.
Trwający trochę ponad godzinę występ odbył się w ramach festiwalu Regiofun i nie miał w sobie nic z jubileuszowej czy pożegnalnej fety. Szczyt popularności - przynajmniej ten pierwszy - Podsiadło jako solista ma już za sobą. "Rialto" bywało wielokrotnie znacznie szczelniej wypełnione i chyba nie wszystko można tu złożyć na karb wspomnianego festiwalu i w związku z tym nie do końca właściwego targetu publiczności.
Wątpliwości,
jakimi dzieliłem się trzynaście miesięcy temu, zaraz po ukazaniu się Comfort And Happiness, pozostały. Pop, nawet w swych najszlachetniejszych przejawach, popem pozostanie. A więc muzyką szczególnie narażoną na bezlitosne obchodzenie się z nią przez czas. Jest w tym graniu - na szczęście - sporo patentów rockowych - choćby instrumentarium (dwie gitary, klawisze, bas, żywe bębny) - z pewnością w koncertowych dekoracjach manifestujących się znacznie wyraźniej niż na płycie. Czytelne są oczywiście klimaty spod znaku Coldplay (z barwą głosu frontmana na czele), ale raz po raz robi się mocniej, ostrzej - i więcej wtedy wpływów U2.
Natomiast sporym zaskoczeniem było dla mnie to, jak wiele pojawiło się w koncertowych aranżacjach utworów klimatów wypracowanych kiedyś przez kapele
symforockowe.
Słychać to było zwłaszcza w ostatniej części występu, gdy zaserwowano nam kilka piosenek połączonych w całość, w taką wręcz suitę. Klawisze raz po raz wychodziły na pierwszy plan, serwując powłóczyste dźwięki i długie finały. Pytanie, na ile świeżo to brzmiało. W moich uszach więcej w tym, niestety, Marilliona czy Pendragona niż klasycznych Yes albo Genesis, więcej rzemiosła niż finezji Wakemana lub Banksa.
W może dziesięć minut po rozpoczęciu koncertu żona nachyliła się do mnie i podzieliła wątpliwością co do lidera: czy wciąż taki nieśmiały, czy już zblazowany? Chyba jednak, sądzę, to pierwsze: jego
introwertyczna osobowość
nie całkiem dobrze czuje się w świetle reflektorów. Ale cóż, taka to już robota, że trzeba ze sobą walczyć. Dopatrując się niejakiego zewnętrznego podobieństwa Podsiadły do Andrzeja Poniedzielskiego, można oczekiwać, że - kto wie - z czasem jego konferansjerka, pozostając bezpretensjonalną, stanie się bardziej błyskotliwą i dowcipną.
A co do muzyki - jako miłośnik bardziej zdecydowanych dźwięków - chciałbym, aby skład Curly Heads zapowiadał coś bardziej frapującego, mającego szansę przetrwać na dłużej w uszach i pamięci słuchaczy. Podsiadło jako wokalista potrafi docisnąć, więc z tej strony zagrożenia bym nie upatrywał. Obyśmy zamiast popu symfonicznego otrzymali więcej soczystego rokendrola.
Ale czy piosenki, których można już posłuchać w YT, pozwalają tego właśnie się spodziewać? Chyba niekoniecznie. Zaś moja sympatia dla Podsiadły jako człowieka nie jest aż tak rozciągliwa, bym umiał z pełną przyjemnością zanurzyć się w jego - podobnych do dotychczasowych - propozycjach muzycznych.