
To mainstreamowe, pełnokrwiste gitarowe granie. Ilość pomysłów zawartych w każdym utworze jest doprawdy imponująca. Do woli możemy zachwycać się młodzieńczą brawurą tria i zupełnym brakiem pokory wobec dokonań mistrzów.
REKLAMA
*
Zaprzyjaźniona sprzedawczyni w katowickim sklepie na literę M, znając już moje upodobania, podaje mi płytę i zachęca do przesłuchania. "Jeden utwór na pewno pan zna" - mówi. Zerkam na okładkę, która - gdyby nie polecenie - mogłaby mnie tylko zniechęcić.
Zaprzyjaźniona sprzedawczyni w katowickim sklepie na literę M, znając już moje upodobania, podaje mi płytę i zachęca do przesłuchania. "Jeden utwór na pewno pan zna" - mówi. Zerkam na okładkę, która - gdyby nie polecenie - mogłaby mnie tylko zniechęcić.
O tym, że
w Australii potrafią grać,
wiemy od mniej więcej połowy lat 70., gdy dotarły do nas pierwsze nagrania AC/DC. Płyta, o której mowa, zdecydowanie jest vintage, nawiązuje do brzmień właśnie z tamtej dekady. Jest też zapisem minionego czasu, jeśli chodzi o historię Wolfmother. Mimo sporej popularności, wielkiego sukcesu w postaci Grammy dla utworu Woman, trio w swym oryginalnym składzie przestało istnieć po nagraniu debiutanckiej płyty, po czterech latach działalności i w rok po przyznaniu wspomnianej nagrody.
Co tu mamy? Krytycy wychwycili podobieństwa głosu Andrew Stockdale'a do Planta i Osbourne'a. Dorzuciłbym jeszcze - i to przede wszystkim - Jacka White'a, którego patenty (mamy rok 2005) zastosowane w White Stripes były chyba bardzo bliskie liderowi WM. Do tego jeszcze barwa, narzucająca się swym podobieństwem w ponad połowie numerów. Dołóżmy na koniec jeszcze... burzę włosów jak u Jimiego Hendriksa albo Marca Bolana i nie całkiem, zdaje się, biały kolor skóry - jak u Phila Lynotta.
Jest w tej muzyce wszystko co najlepsze
w tradycji hard rocka.
A więc świeżość, tak cenna, gdy mówimy o graniu wyjętym z rokendrolowego zamrażalnika. Oj, nasłuchali się młodzi ludzie starej muzy, nasłuchali. Natomiast poskładało się to w ich głowach w bardzo zgrabną całość. Natychmiast zapominamy o kiczowatej okładce, dajemy się porwać radosnemu i bezkompromisowemu wiosłowaniu do przodu. Kawałki są jednocześnie i drapieżne, i bardzo przebojowe. Swoboda, z jaką młodzi panowie poruszają się w konwencji, jest naprawdę imponująca. Mamy czasową zwartość piosenek z końca lat sześćdziesiątych oraz bardzo solidny warsztat czołowych kapel z lat 70.
To mainstreamowe, pełnokrwiste gitarowe granie. Ilość pomysłów zawartych w każdym utworze jest doprawdy imponująca. Nie dane nam się nudzić - wolta goni woltę i zachwycając się młodzieńczą brawurą tria, całkowitym brakiem pokory wobec dokonań mistrzów, możemy bez końca bawić się w rozbieranie piosenek na czynniki pierwsze, rozpoznając kolejne
ślady przeszłości.
Na przykład refreny w dwóch pierwszych kawałkach wzięte z najlepszych Sabbathów, jakąś Focusową gitarę, nieco Doorsów w drugiej części White Unicorn. Albo coś z Grand Funk, organy z Deep Purple albo Uriah Heep w Joker & The Thief (tytuł podejrzanie znajomy...).Where Eagles Have Been ma coś z Led Zeppelin i Rush (hm, Geddy'ego Lee też porównywano przed laty do Planta, a hałaśliwy, wczesny Rush uważano za naśladowców Led Zeppelin).
Od piątego numeru wyraźnie dostrzegalne jest podobieństwo do Jacka White'a - barwa, charakterystyczne, lekkie wibratto i niektóre gitarowe zagrywki. Ale cytatologia może trwać nadal: coś z ducha The Who i jednocześnie punka - w Apple Tree. W Pyramid znów Black Sabbath i riffy Eddy'ego Van Halena, w Witchcraft charakterystyczny flet kojarzący się - do wyboru - albo z Focusem, albo z Jethro Tull. Ale wszystko pędzi do przodu, nie pozwalając zbyt długo namyślać się: "skąd ja to znam?!".
Takie to stare, a takie świeże. Świetna płyta. Do tego kupiona za jedyne 19,99 zł.
(Na talerzu lub w szufladce: Wolfmother, Wolfmother, 2005)
