
Ludzie od zarania dziejów szukali szczęścia. Filozofowie i psychologowie zmagali się ze zdefiniowaniem tego pojęcia. A Skrzek na swej pierwszej płycie w utworze "Granice szczęścia" śpiewa: "Nie w każdej knajpie jest piwo". I zaraz dodaje: "W knajpie podłej jak życie".
REKLAMA
*
Dawno, dawno temu to było. Ale było. Pewien bardzo znany aktor, gdy przyjął posadę dyrektora Teatru Śląskiego w Katowicach, spotkał się z przedstawicielami tego regionu. Prosty górnik zapytał go, czym się kierował - on, uznany, wielki - podejmując wyzwanie poza stolicą. Ten odparł:
- Uczyniłem to także po to, aby ludzi takich jak pan nauczyć mówić po polsku.
Dawno, dawno temu to było. Ale było. Pewien bardzo znany aktor, gdy przyjął posadę dyrektora Teatru Śląskiego w Katowicach, spotkał się z przedstawicielami tego regionu. Prosty górnik zapytał go, czym się kierował - on, uznany, wielki - podejmując wyzwanie poza stolicą. Ten odparł:
- Uczyniłem to także po to, aby ludzi takich jak pan nauczyć mówić po polsku.
Czy muszę dodawać, że wypowiedź ta nie zrobiła dobrego - delikatnie mówiąc - wrażenia na tubylcach?
*
PRL to nie był czas małych ojczyzn, pielęgnowania tego, co osobne, regionalne, odrębne. Naród miał być jeden - i zawsze z partią. Kwestie mniejszości narodowych, przejawów kultur innych niż ta jedna, ogólnopolska, uznana za obowiązującą, nie istniały.
PRL to nie był czas małych ojczyzn, pielęgnowania tego, co osobne, regionalne, odrębne. Naród miał być jeden - i zawsze z partią. Kwestie mniejszości narodowych, przejawów kultur innych niż ta jedna, ogólnopolska, uznana za obowiązującą, nie istniały.
W dodatku moje osobiste doświadczenia zupełnie nie sprzyjały obudzeniu w sobie tego typu refleksji. Jako trzymiesięczny osesek opuściłem rodzinne Czechowice-Dziedzice, by kolejnych ponad czternaście lat spędzić w sypialni Katowic, jak w latach 60. mówiło się o Tychach. Mieście leżącym na Śląsku, ale tak naprawdę kulturowo słabo z nim związanym. Wynikało to z prostego faktu, iż miasto było nowe, a przeważającą część jego mieszkańców stanowiła ludność napływowa - ludzie, którzy zjawili się w tym miejscu wraz z rozwojem przemysłu. Pochodzili zewsząd, czego doświadczałem na własnej skórze, wśród najbliższych sąsiadów.
Śląska nie wyssałem więc z mlekiem matki, choć to za jej sprawą jestem półkrwi Ślązakiem, czyli tzw. krojcokiem. Śląska się uczyłem, uczę nadal, jako mieszkaniec Katowic od 1977 roku. Uczę w sposób pokręcony, nieoczywisty: najpierw jako uczeń technikum, gdzie obok ludzi "stąd" znów wielu było skądinąd - ze spodżywieckich wsi czy nawet Zakopanego i okolic.
Później trafiłem na polonistykę. A więc na Wydział Filologiczny Uniwersytetu Śląskiego. Tyle że ów wydział mieścił się wówczas w... Sosnowcu, czyli stolicy Zagłębia. W mieście ościennym, a jednocześnie odległym kulturowo (nie miejsce tu na historyczne dywagacje*). Nieocenione okazało się dopiero prawie sześć lat pracy w kopalni "Katowice" i zanurzenie w tym środowisku. Oraz przygruchanie sobie żony z rdzennie śląskiej rodziny.
Wybaczcie ten przydługi wstęp: marne przyczynkarstwo na temat opozycji natura - kultura. W latach 80. byłem zbyt młody, zbyt przesiąknięty, chcąc nie chcąc, oficjalną wykładnią w tym zakresie. To nie był czas - ani w historii Polski, ani w moim życiu - by uznać i docenić przekaz inny niż posługujący się literacką polszczyzną: w miarę elegancki i gładki, możliwy do powszechnego zaakceptowania.
*
A tu, przed wielotysięczną widownię kolejnych odsłon Rawy Blues w Spodku we wspomnianych latach 80. wychodził facet, który sprawiał wrażenie, że właśnie skończył kopalnianą szychtę, wziął prysznic i zasiadł zamiast do rodzinnego obiadu - do fortepianu. Poradzi ino godać, a nie mówić. W ten sposób - myślałem - utrwala stereotyp Ślązaka - prostaka, człowieka nieuczonego w mowie i piśmie, stworzonego do ciężkiej pracy w kopalni bądź hucie, ale człowieka o wąskich horyzontach i mającego problemy ze zbudowaniem poprawnego zdania w języku polskim. (Inna sprawa, że Spodek to nie jest wymarzone miejsce dla muzyka - solisty, za fortepianem, z harmonijką przy ustach. Zdecydowanie lepsze są kluby na kilkadziesiąt - kilkaset miejsc).
A tu, przed wielotysięczną widownię kolejnych odsłon Rawy Blues w Spodku we wspomnianych latach 80. wychodził facet, który sprawiał wrażenie, że właśnie skończył kopalnianą szychtę, wziął prysznic i zasiadł zamiast do rodzinnego obiadu - do fortepianu. Poradzi ino godać, a nie mówić. W ten sposób - myślałem - utrwala stereotyp Ślązaka - prostaka, człowieka nieuczonego w mowie i piśmie, stworzonego do ciężkiej pracy w kopalni bądź hucie, ale człowieka o wąskich horyzontach i mającego problemy ze zbudowaniem poprawnego zdania w języku polskim. (Inna sprawa, że Spodek to nie jest wymarzone miejsce dla muzyka - solisty, za fortepianem, z harmonijką przy ustach. Zdecydowanie lepsze są kluby na kilkadziesiąt - kilkaset miejsc).
Musiałem się posunąć w latach, pewnie wrosnąć w tę ziemię, pożyć trochę po 1989 roku, w czasach gdy Niemcy się jednoczyli, ale Słowacja i narody bałkańskie tworzyły własne struktury państwowe, uświadomić sobie, że na ojczyznę może składać się wiele małych ojczyzn wnoszących całkiem sporo do wspólnego garnka. Uświadomić wreszcie, że kultura to nie tylko ośrodki uniwersyteckie i przybytki kulturalne, ale i - jak dziesiątki i setki lat temu - twórcy może pozbawieni tytułów naukowych i wielkomiejskiej ogłady, za to do bólu prawdziwi w swym przekazie.
Ta prostota, gwara zamiast literackiej polszczyzny, przestała być czymś, czego należy się wstydzić, stała się wartością dodaną. Zgoda, w pewien sposób czyniącą czasem sztukę bardziej hermetyczną, niełatwą do odczytania przez ogół, ale cudownie pierwotną i szczerą.
Kiedyś przestano się śmiać z Nikifora, malarza prymitywisty, dziś tzw. wielki świat potrafi pochylić się nad wieloma innymi twórcami naturszczykami, pracującymi z dala od wszystkiego co opiniotwórcze. Nie nad wszystkimi i nie zawsze. Tak już jest, że pojawiają się i przemijają mody - na nurty, na nazwiska.
Kyks - Jasiu Skrzek - działał poza wszelkimi układami, daleko od kamer, ekranów telewizorów i list przebojów. Bluesman na wzór czarnych, bezzębnych Amerykanów sprzed kilkudziesięciu, stu lat.
*
Ludzie od zarania dziejów pragnęli szczęścia, uganiali się za nim, pragnęli go i tęsknili za nim. Filozofowie i psychologowie zmagali się ze zdefiniowaniem tego pojęcia. A Skrzek na swej pierwszej płycie utwór zatytułowany Granice szczęścia zaczyna od słów: Nie w każdej knajpie jest piwo. I dziś wcale nie ogarnia mnie, faceta po pięćdziesiątce (sic!), ani pusty, ani rubaszny śmiech, gdy tego słucham. W knajpie podłej jak życie - śpiewa dalej Kyks.
Ludzie od zarania dziejów pragnęli szczęścia, uganiali się za nim, pragnęli go i tęsknili za nim. Filozofowie i psychologowie zmagali się ze zdefiniowaniem tego pojęcia. A Skrzek na swej pierwszej płycie utwór zatytułowany Granice szczęścia zaczyna od słów: Nie w każdej knajpie jest piwo. I dziś wcale nie ogarnia mnie, faceta po pięćdziesiątce (sic!), ani pusty, ani rubaszny śmiech, gdy tego słucham. W knajpie podłej jak życie - śpiewa dalej Kyks.
*
W czwartek jego przyjaciele i koledzy zrobili to, co mogą najlepszego uczynić muzycy dla zmarłego kamrata: zagrali koncert. Dzięki uporowi i wysiłkowi Leszka Windera, lidera Śląskiej Grupy Bluesowej (Winder, Skrzek, Giercuszkiewicz, Rzepa) i przed laty współlidera Krzaka, doszło do wspólnego występu kilkudziesięciu muzyków wywodzących się przede wszystkim ze środowiska bluesowego na Śląsku.
W czwartek jego przyjaciele i koledzy zrobili to, co mogą najlepszego uczynić muzycy dla zmarłego kamrata: zagrali koncert. Dzięki uporowi i wysiłkowi Leszka Windera, lidera Śląskiej Grupy Bluesowej (Winder, Skrzek, Giercuszkiewicz, Rzepa) i przed laty współlidera Krzaka, doszło do wspólnego występu kilkudziesięciu muzyków wywodzących się przede wszystkim ze środowiska bluesowego na Śląsku.
Byli Winder, Józef Skrzek, Giercuszkiewicz, Rzepa, Dudek, Duży, Głuch, Kulisz, Łapka, Cygonek, Uryga, Cree, Miuosh i inni. Wykonywali, nie kryjąc obaw, repertuar solowy Skrzeka i wspomnianej ŚGB. Było stylowo i wzruszająco.
Panie Janie, Kyksie, Jano, Jasiu - bardzo Cię brakuje. Na Śląsku szczególnie.
(Katowice, kinoteatr Rialto: Koncert pamięci Jana "Kyksa" Skrzeka, 26 marca 2015)
_____________
* Kij w śląsko-zagłębiowskie mrowisko zdarzyło się też przed laty włożyć konferansjerowi Rawy Blues, nieżyjącemu już Januszowi Kosińskiemu. Trochę opóźniał się start imprezy, stojący przed mikrofonami "Kosa" i Jan Chojnacki nie za bardzo mieli pomysł, o czym tu jeszcze mówić. I pierwszy z nich wypalił: "Słuchajcie, ja nie wiedziałem, że tutaj są takie animozje między Katowicami i Sosnowcem...". Kilkutysięczna widownia, złożona głównie ze Ślązaków (blues to bardzo śląska sprawa) zaczęła wyć i gwizdać. Speszony "Kosa" nie dokończył zdania. Zresztą - co takiego akurat on mógł na ten temat powiedzieć?
_____________
* Kij w śląsko-zagłębiowskie mrowisko zdarzyło się też przed laty włożyć konferansjerowi Rawy Blues, nieżyjącemu już Januszowi Kosińskiemu. Trochę opóźniał się start imprezy, stojący przed mikrofonami "Kosa" i Jan Chojnacki nie za bardzo mieli pomysł, o czym tu jeszcze mówić. I pierwszy z nich wypalił: "Słuchajcie, ja nie wiedziałem, że tutaj są takie animozje między Katowicami i Sosnowcem...". Kilkutysięczna widownia, złożona głównie ze Ślązaków (blues to bardzo śląska sprawa) zaczęła wyć i gwizdać. Speszony "Kosa" nie dokończył zdania. Zresztą - co takiego akurat on mógł na ten temat powiedzieć?
