
Record Store Day (20 kwietnia), a także dzień płyty winylowej - czy wręcz Dzień Płyty Winylowej (18 kwietnia) to pretekst, by wrócić do jednej z pierwszych i podstawowych refleksji związanych z konsumowaniem muzyki.
REKLAMA
*
Kupowanie płyt. Coś, czego młodzi, choć coraz starsi, zdają się nie rozumieć. Misterium. Branie do ręki albumu – kiedyś sporego, kartonowego (w porządnym wydaniu) opakowania. Pełne namaszczenia i pietyzmu smakowanie okładki, zwłaszcza gdy chodziło o płyty zachodnich wykonawców. Wysuwanie czarnego zwykle krążka, czasem włożonego do papierowej koperty, na której też było co oglądać i czytać. Delikatne, z odpowiednim ułożeniem dłoni, wyjmowanie płyty, tak by jej nie wybrudzić palcami. Studiowanie nalepek. Nabożne położenie na talerz gramofonu, uruchomienie napędu i czekanie na pierwsze dźwięki. Kto tego nie przeżył, ten chyba nie zrozumie.
Kupowanie płyt. Coś, czego młodzi, choć coraz starsi, zdają się nie rozumieć. Misterium. Branie do ręki albumu – kiedyś sporego, kartonowego (w porządnym wydaniu) opakowania. Pełne namaszczenia i pietyzmu smakowanie okładki, zwłaszcza gdy chodziło o płyty zachodnich wykonawców. Wysuwanie czarnego zwykle krążka, czasem włożonego do papierowej koperty, na której też było co oglądać i czytać. Delikatne, z odpowiednim ułożeniem dłoni, wyjmowanie płyty, tak by jej nie wybrudzić palcami. Studiowanie nalepek. Nabożne położenie na talerz gramofonu, uruchomienie napędu i czekanie na pierwsze dźwięki. Kto tego nie przeżył, ten chyba nie zrozumie.
Akcesoria
Jak już można było to kupić – instalowanie specjalnego pędzelka, który usuwał z płyty ewentualny kurz, by ten nie dostawał się pod igłę. Wagi, które pozwalały ustalić właściwy nacisk igły na płytę. Ściereczki antystatyczne, specjalne płyny do przemywania. Odpowiednio częste wymiany igieł, co też zapobiegało zużywaniu się wytłoczonego zapisu muzyki (Ile rowków ma płyta winylowa? Jeden…). Dbanie o to, by płyty po latach wyglądały niewiele gorzej niż w chwili zakupu – specjalne miejsca w szafach, stojaki, regały, woreczki na okładki (te nie były jednak dobre, bo co prawda chroniły samą okładkę, ale ściągały kurz) itp.
Płyta jako dzieło sztuki
Zostało mi to do dzisiaj. Płyta jako dzieło sztuki: muzyka plus okładka, grafika, czasem przepiękna. Radość dla uszu i oczu. Informacje, kto, z kim, kiedy i gdzie (choć z tym wielokrotnie miałem i mam problemy z racji kiepskiego wzroku, mocnych okularów i… fantazji wydawców, którzy na niebieskim tle potrafią zaserwować maleńką, czerwoną czcionkę). Niektórzy ubolewają, że CD to już nie to, ale w zamian za duży format okładek longplayów otrzymujemy niejednokrotnie grube, pięknie wydane książeczki, jak na przykład ta dołączona do krążka Us Petera Gabriela z jedenastoma grafikami ilustrującymi jedenaście utworów.
Internet
Dziś młodzi ściągają muzykę z internetu. Coraz mniej zajmują ich szczegóły dotyczące konkretnej płyty. Pozostają jedynie pliki gdzieś zapisane. O prawach autorskich już nie wspomnę. Nie wierzę – bo widzę, co się dzieje – by płyty dostępne za dziesięć – dwadzieścia pięć złotych w największych sklepach płytowych (a CD w tych cenach jest naprawdę bardzo, bardzo wiele) cokolwiek zmieniły. Kto nauczył się ściągać muzykę, ten się tego już raczej nie oduczy. I nie trafi do niego argument, że dźwięki z oryginalnej płyty smakują inaczej. Że jesteśmy fair wobec artystów, zwłaszcza tych szczególnie przez nas ulubionych, że płacimy za ich robotę. Że dajemy im żyć z uprawiania muzyki. Że dzięki temu za jakiś czas znowu wejdą do studia i nagrają kolejną płytę.
**
Kupowanie płyt to temat, który bardzo różni tzw. starych i młodych. Choć ta linia, zdaje się, nie przebiega dokładnie w ten sposób. Może raczej między tymi, którzy z komputerem i internetem czują się całkiem swojsko, naturalnie, a tymi, dla których zawsze – w większym lub mniejszym stopniu – to narzędzie będzie ciałem obcym. A chyba najprecyzyjniej i najprościej będzie powiedzieć, że między tymi, którzy odwiedzają sklepy płytowe, a tymi, którzy nie robią tego właściwie nigdy.
Kupowanie płyt to temat, który bardzo różni tzw. starych i młodych. Choć ta linia, zdaje się, nie przebiega dokładnie w ten sposób. Może raczej między tymi, którzy z komputerem i internetem czują się całkiem swojsko, naturalnie, a tymi, dla których zawsze – w większym lub mniejszym stopniu – to narzędzie będzie ciałem obcym. A chyba najprecyzyjniej i najprościej będzie powiedzieć, że między tymi, którzy odwiedzają sklepy płytowe, a tymi, którzy nie robią tego właściwie nigdy.
Nikomu nie wolno - mi także - ex cathedra twierdzić, że moje jest mojsze, jedynie prawdziwe i słuszne. Ludzie tworzą muzykę z różnych pobudek – i tak samo inni
konsumują muzykę w różny sposób.
Jestem daleki od tego, by odsądzać od czci i wiary tych, którzy traktują jej słuchanie wyłącznie użytkowo: jako swoisty podkład, tło codziennych zajęć. Bez zastanawiania się, kto gra i śpiewa, czy to stara, czy nowa piosenka. Lubią sobie zanucić pod nosem albo i mocniej – i dobrze, w porządku. Zaczynam się burzyć, gdy próbują – tonem zbliżonym do autorytatywnego – wypowiadać się, a nawet oceniać. A z grubsza skala ocen zawiera się wtedy między „ No, fajne” a „Cienkie” albo „Bez sensu”. Uzasadnienie na tyle głębokie, że ucinające wszelką dalszą dyskusję.
Ludzie odbierają muzykę jak leci, wielką kupą, bez rozbierania jej na części pierwsze. Po piosence, po dwie. Tak jest w radiu, tak jest w internecie. Słuchanie całej płyty? O rany, a po co, kiedy po jednym utworze już wiadomo, jak kto gra i śpiewa.
Więc ja
znów, nieśmiało, o całych płytach.
Nie jako zawzięty historyk muzyki, zmierzły ortodoks. Może jak stary pierdoła (trudno, niech będzie), ale w sumie niegroźny świrus, pasjonat. Z pewnością nie bardzo uparty, ale jednak – tropiciel ciągów przyczynowo-skutkowych.
Poza mniej licznymi przypadkami, że na rynku pojawiały się i pojawiają single niemające ciągu dalszego w postaci dużej płyty – to te ostatnie właśnie wyznaczają kolejne etapy działalności każdego wykonawcy. Płytę porównałbym może nie tyle do powieści (choć i tu, jeśli mówić o koncept albumach czy produkcjach symforockowych, znajdziemy wiele analogii), co do zbioru opowiadań. Pisarze wydają takowe jako którąś tam swoją książkę z kolei – i podobnie dzieje się z muzykami. Konkretna płyta, tworząca wewnętrzne zależności w postaci współistnienia na krążku kilku-kilkunastu piosenek, buduje konteksty w ramach twórczości danego artysty, jak i sytuuje dany krążek w czasie i przestrzeni, czyli wśród albumów innych wykonawców.
Oczywiście,
to nie jest wiedza niezbędna do życia.
Więcej, to nie jest wiedza przynosząca (poza nielicznymi przypadkami najbardziej wziętych dziennikarzy muzycznych) profity, z których można się utrzymać. To nie jest wiedza przynosząca pożytek tzw. ogółowi. A jednak – dostarczająca pewnej grupie odbiorców muzyki, do której niniejszym się zaliczam, wielkiej frajdy. Przy tym, najczęściej, całkowicie niegroźna. O ileż przyjemniej posłuchać dziennikarzy spierających się na tematy literackie czy muzyczne w „Tygodniku Kulturalnym” niż polityków, których wszędzie pełno. Pierwsi wygłaszają odmienne opinie, uśmiechając się nawzajem do siebie, zaś ci drudzy – gotowi zagryźć się przed kamerami czy mikrofonem. Naturalnie, w imię społecznego dobra.
(listopad - grudzień 2012)
