O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Lynyrd Skynyrd: nie tylko "Sweet Home Alabama"

Wyborny zestaw utworów, bardzo dobra forma całego zespołu, wyraźna ochota do gry mimo ciągnącej się już od pewnego czasu trasy, zawodowstwo niepozwalające zagrać poniżej pewnego, naprawdę wysokiego poziomu - to wszystko sprawiło, że sympatycy LS mogli opuścić Torwar usatysfakcjonowani.


*
Coś, o czym młodzi muzycy pewnie marzyli całymi latami. By kiedyś móc stanąć i zagrać na jednej scenie ze swoimi mistrzami. Latem, przy pięknej pogodzie, na wielkim stadionie albo, niech tam, w Spodku pełnym wiwatujących fanów.


Włosy niektórym

panom z Dżemu

zdążyły posiwieć, a nawet powypadać z głów, dwóch po drodze odeszło do lepszego (?) świata. Niedościgłe marzenia powoli zamieniały się w nie takie znów absurdalne pragnienia, w coś niezupełnie już nierealnego. Rok temu, na trzydziestopięciolecie, były plany, by wraz z jubilatami zagrała wielka firma. Szczegółów nie znam, mogę się tylko domyśłać, że dotyczyło to dwóch nazw: The Allman Brothers Band lub Lynyrd Skynyrd. Co nie udało się przed rokiem, zmaterializowało się teraz, 3 maja w Warszawie.


Rzeczywistość jednak skrzeczy – i to okrutnie. Nieprzepastny przecież Torwar ział i straszył pustkami. W hali zebrało się raptem około półtora tysiąca osób. W czasie występu Dżemu pod sceną była taka garstka, że ogarnęło mnie przerażenie. Koncert, który powinien być wielkim świętem muzyki, świętem bluesa i rokendrola, stał się czymś na kształt tajnego spotkania tych, co wiedzą lepiej, jakiejś sekty – a już na pewno rockowej sekcji dinozaurów na scenie i widowni. Smutne to, niepojęte, ale czy na fakty można się obrażać?


Dżem, na ćwierć mocy – zgodnie z ideą supportu, dał godzinny set złożony z od lat ogrywanych na żywo utworów: od najstarszych Małej alei róż i Cegły (na bis) po Do przodu i Partyzanta z wciąż ostatniej płyty studyjnej, czyli Muzy.

Sześćdziesiąt minut to – jak wiedzą bywalcy ich koncertów - czas, po którym zespół dopiero wchodzi na obroty piątego – szóstego biegu, tu natomiast okoliczności wymusiły opuszczenie sceny. Szału nie było, bo być nie mogło, ale Dżem jak zawsze zagrał znacznie powyżej średniej krajowej.

Lękałem się o to, jak wypadnie gwiazda wieczoru. Po sprawdzeniu w internecie danych z poprzednich koncertów wiedziałem, że należy oczekiwać

czternastu numerów,

w tym jednego na bis. Zestaw stale powtarzany, czy nie będzie więc odczuwalny efekt zmęczenia materiału (muzycznego i ludzkiego), dodatkowo spotęgowany pustawą halą? Byłoby to trudne do zniesienia, po tylu latach wyczekiwania na pierwszy w naszym kraju występ legendarnej grupy.



Już pięć kawałków puszczonych w antrakcie – w tym Kashmir Led Zep, All Along the Watchtower Hendriksa, Crossroads Cream, Highway Star Deep Purple – zabrzmiało potężniej niż polski sekstet. Przy stole mikserskim dołożono więc mocy, ale to i tak – na szczęście! - była tylko zapowiedź tego, co miało wydarzyć się za chwilę.

Przy ostatnim klasyku, Thunderstruck AC/DC, zgasły światła, a w ułamek sekundy po jego zakończeniu powaliły nas potężne uderzenia gitar w utworze stanowiącym "list motywacyjny" Lynyrd Skynyrd – Workin' For MCA. Wokal, bębny, klawisze, bas i aż trzy gitary (którym w niektórych kawałkach towarzyszył dwuosobowy damski chórek) uderzyły w bębenki z taką siłą, że zostaliśmy natychmiast ogłuszeni. Ale stało się to w sposób najprzyjemniejszy z możliwych.

Półtoragodzinny występ LS to zbiór w stylu „The Best of”, co tu dużo mówić, po prostu wymarzony na

pierwsze spotkanie

z muzyką zespołu na żywo. Ale jednocześnie też nieco bolesna refleksja, że klasyczne albumy z lat 1973-78 znaczą zdecydowanie więcej w dorobku kapeli niż cały okres po reaktywowaniu, czyli 1987-2015, z którego nie usłyszeliśmy ani jednej piosenki. Nie czynię z tego zarzutu, bo lepiej otrzymać w pakiecie najstarsze, świetne numery aniżeli te późniejsze, w większości, niestety, słabsze.

*

Smakowity zestaw utworów, bardzo dobra forma całego zespołu, wyraźna ochota do gry mimo ciągnącej się już od pewnego czasu trasy, zawodowstwo niepozwalające zagrać poniżej pewnego, naprawdę wysokiego poziomu - to wszystko sprawiło, że sympatycy LS mogli opuścić Torwar usatysfakcjonowani.



Brzmienie formacja ma bardzo,

bardzo mocne,

po coś w końcu są te trzy gitary. Na szczęście wśród decybeli nie zabrakło tego, co dla LS pierwotne: stylowego grania na granicy rokendrola i bluesa doprawionego czasem elementami country, czyli tego, co definiowane jest jako southern rock. Maszyna od razu wskoczyła na najwyższe obroty i pędziła bez zbędnych przerw między kolejnymi numerami, mimo iż Johnny Van Zant, jak na prawdziwego Amerykanina przystało, nie szczędził trzeciomajowych grepsów (miał nawet na sobie biało-czerwony element garderoby) i wciąż domagał się od publiczności aktywnego udziału w koncercie oraz gorącej reakcji. Ufam jednak, że uprzedzono go, iż lwia część fanów rekrutuje się z roczników nieuczonych w szkołach w mowie Szekspira i Yeatsa i że nie powinien oczekiwać chóralnego odśpiewywania kolejnych piosenek. Sytuację pod samą sceną - jak usłyszałem od osoby tam stojącej - ratowali podobno młodsi sympatycy kapeli.



*
Muzyczne marzenia wciąż się spełniają. Może niekoniecznie za każdym razem w upragnionych dekoracjach, ale na to wpływu już nie mam. Tym razem do pełni osobistego szczęścia zabrakło może jakichś trzydziestu minut, by jeszcze mocniej, jeszcze pełniej nasycić się ukochanymi od wielu lat utworami - których zestaw nieuchronnie przywodził na myśl wspaniały, koncertowy One More From The Road (1976). Ale i tak Sweet Home Alabama na zakończenie części zasadniczej oraz potężniejący z każdą minutą Free Bird na bis - aż do ekstatycznego finału - to coś, czego raczej nie da się zapomnieć.

Rokendrol eksplodował w latach 50. XX stulecia, mój pesel zaczyna się od szóstki - i 3 maja wieczorem kolejny raz miałem w serdecznym poważaniu opinie, że takie granie jest stare i niemodne. Otóż, jak widać i słychać, wciąż się tak gra. I raz jeszcze dane mi było dostąpić muzycznego nieba. Bo od środka cały jestem wyklejony rockiem, a w tej układance southernowych elementów nie brakuje.

(Lynyrd Skynyrd, Dżem, Warszawa, Torwar, 3 maja 2015)