
Właśnie w sierpniu, tyle że - bagatela - czterdzieści siedem lat temu wśród nowości płytowych zameldował się "Undead", drugi w dyskografii, a pierwszy koncertowy album formacji dowodzonej przez Alvina Lee. Materiał został zarejestrowany trzy miesiące wcześniej w dusznym i pełnym kurzu londyńskim klubie jazzowym o nazwie Klooks Kleek, w bezpośrednim sąsiedztwie studiów wytwórni Decca.
REKLAMA
Rok później, latem 1969 roku Ten Years After występują na Newport Jazz Festival, pierwszej jego odsłonie, do której zostali dopuszczeni wykonawcy o proweniencji bluesowo-rockowej, niedługo potem są bohaterami jednego z najlepszych fragmentów pamiętnego Woodstocku, grają wielominutową wersję sztandarowego I'm Going Home, a Lee zostaje okrzyknięty
najszybszym gitarzystą świata.
W 1970 roku ukazuje się pierwszy w Wielkiej Brytanii singiel grupy - Love Like A Man.
Do 1973 roku TYA święcą największe triumfy. Płyty jednak, śmiem twierdzić, nagrywają nierówne, obok znakomitych numerów pojawiają się tylko takie sobie, stylistycznie krążki także nie całkiem są spójne - pewnie dlatego dziś - jeśli w ogóle - częściej mówi się o wybranych utworach niż całych albumach. Jest jednak w ich dyskografii pozycja, będę się upierał, wyjątkowa.
Z analogową wersją Undead zapoznałem się gruntownie jako bodaj dwudziestodwuletni człowiek. Nie była to łatwa lektura, a jednak było w tej muzyce coś, co nakazywało mi raz po raz wracać do taśmy magnetofonowej z tymi utworami. Gdy parę miesięcy temu wpadło mi w ręce wydawnictwo kompaktowe, nie wahałem się ani chwili. W domu włożyłem płytę do szufladki i... oniemiałem z zachwytu.
Gra czterech chłopaków w wieku dwudziestu dwóch - dwudziestu pięciu lat.
Potrafią już wszystko:
gitara, bas, organy i perkusja nie stanowią dla nich żadnych tajemnic. Zachwyca jednak nie tylko to, że poruszają się swobodnie zarówno w zakresie rozbudowanych form bluesowych, ale i z młodzieńczą bezczelnością aranżują utwory na jazzowy sposób. Nie są w tej kwestii jedyni, bo jazz-rock wybucha właśnie w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, a wśród pierwszych romansujących z muzyką improwizowaną grup bluesowych i rockowych wymienia się Paul Butterfield Blues Band. Jednak rzeczony krążek jawi mi się jako najbardziej brawurowy przykład grania na styku rokendrola - i to, z racji techniki zastosowanej przez Alvina Lee, raczej rodem z lat 50., tyle że z perfekcyjną już obsługą gitary - bluesa i jazzu właśnie.
Jeśli rozszerzone wydawnictwa kompaktowe proponują zwykle jako dodatki utwory wcześniej niepublikowane, ale niewiele lub zgoła nic niewnoszące do jakości pierwotnego zestawu, o tyle w przypadku Undead rzecz ma się zdecydowanie inaczej. Przykrojenie zarejestrowanego podczas dwóch występów 14 maja 1968 roku materiału do wymogów płyty analogowej zmusiło do rezygnacji z części zapisu, po latach otrzymaliśmy zestaw z zupełnie innym układem utworów, bogatszy o cztery kawałki, w tym trzy wcześniej nigdy niepublikowane. Z trzydziestu ośmiu minut zrobiło się siedemdziesiąt.
Po zwartym bluesowym wprowadzeniu w postaci Rock Your Mama dostajemy mutację creamowskiej wersji Spoonful W. Dixona, w której po raz pierwszy na tej płycie sekcja rytmiczna grając w zdecydowanie jazzowej konwencji, stanowi wspaniałe tło dla popisów lidera. Te dwie pieśni tworzą niezłą rozgrzewkę przed I May Be Wrong, But I Won't Be Wrong Always, blisko
dziesięciominutowym szaleństwem
całego kwartetu. To fenomenalne boogie to jeden z kilku-kilkunastu w dorobku zespołu naznaczonych muzycznym geniuszem. Jest tutaj, jak zwykle rozpędzona, gitara, która jednak od brawury rokendrolowej przechodzi raz po raz w jazzowe frazowanie, podczas gdy organy, bas i bębny nieustannie, porywająco swingują. Jazzowa struktura utworu daje znać o sobie także w odniesieniu do solowych popisów kolejnych instrumentalistów. To, co wyczynia zwłaszcza Leo Lyons na gitarze basowej, godne jest najwyższego uznania (znakomita jest też jego partia w I Can't Keep From Crying, Sometimes - okraszona cytatem z Petera Gunna Manciniego).
Kolejny w zestawie jest Summertime Gershwina. Główny temat zostaje tylko zarysowany, trzech panów idzie ma piwo, a na scenie na kilka minut zostaje perkusista Ric Lee, całość zaś wieńczy krótki finał (coś podobnego ma miejsce rok później na drugiej płycie Led Zeppelin, w popisowym numerze "Bonzo" Bonhama, Moby Dicku). Pora na uspokojenie nastrojów: zespól serwuje stylowe bluesidło Spider In My Web, w którym lider ustępuje na kilkadziesiąt sekund pola Chickowi Churchillowi, do którego należy wyjątkowej urody solo na organach.
I tak, na najwyższym "C", jazda odbywa się do samego końca, do I'm Going Home. Ric Lee wspomina, że stracił tamtego wieczoru parę kilogramów. Rzeczywiście, zdjęcia dołączone do książeczki potwierdzają
spartańskie warunki
występów - w małej sali, na ciasnej scenie pot musiał lać się strumieniami. Tym większy podziw i uznanie budzi efekt końcowy. Bardzo wiele zdawało się wskazywać, że supergrupie Cream wyrosła piekielnie silna konkurencja, czy - precyzyjniej - pojawili się godni następcy Bruce'a, Bakera i Claptona.
Płyta - ta przed laty - mogła, jak sądzę, zapowiadać zespołowi wielką przyszłość, rychłe wejście do panteonu rockowych gwiazd. Kolejne płyty studyjne jednak tego nie potwierdziły, nawet Cricklewood Green (1970) ze słynnym Love Like A Man. Prawdziwy żar i ogień pojawiał się "dopiero" podczas występów na żywo. Starsi z pewnością pamiętają wspomniany wyżej set TYA na festiwalu w Woodstocku, klasę formacji w tamtym okresie potwierdza też dwupłytowy Live At The Fillmore East - znakomity materiał zarejestrowany w 1970 roku, a wydany dopiero trzydzieści jeden lat później.
(Ten Years After, Undead, 1968)
