O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Udręka i ekstaza - czyli kilka dni we Florencji

Przez dwie wieczorne godziny w niejednej trattorii za mniej niż dziesięć euro można dostać coś do picia z zawartością procentów i dowolną ilość razy podchodzić do kilku półmisków z ciepłymi i zimnymi potrawami.


*
Sporo wieczorów, które moja żona spędziła przy komputerze, szukając okazji, szperając, by w końcu znaleźć ceny lotów w obie strony dające się zakceptować. Lotów przypadających na okres - zakładamy oboje - już nie tak upalny, a ciągle ciepły. Na tapecie kilka europejskich miast, które z paru względów pragniemy zobaczyć szczególnie. Tak trafiła na przelot z Katowic do Bolonii i z powrotem (z Polski do Florencji nie ma bezpośredniego połączenia). Z pięciu dni robimy tydzień - przy tych samych cenach biletów lotniczych - by móc dołożyć jeszcze wypady do innych toskańskich miast: Sieny, Pizy i Lukki.


Potem zaczyna się szukanie kwatery. Najlepiej w miarę

blisko centrum,

tak aby do minimum zredukować konieczność korzystania z komunikacji, a oprzeć się - i dosłownie, i w przenośni - na własnych nogach. Centrum to ryzyko, że będzie głośno, natomiast blisko tych miejsc, które zobaczyć chcemy szczególnie. Coś za coś. Udaje się rzecz prawie niemożliwa: znalezienie mieszkania po drugiej stronie rzeki Arno, w mniej znaczącej części miasta, lecz wciąż o rzut kamieniem od ścisłego centrum - na Piazza Santo Spirito.


Dwupoziomowe lokum w podwórzu, za przeproszeniem, palazzo, nie jest pozbawione wad: kilkusetletnie mury wcale nie są tak grube jak można by przypuszczać i zza ścian dobiegają nas różne hałasy tzw. codziennego życia. W drugą stronę działa to z pewnością podobnie, zwłaszcza że naciśnięcie jedynego klawisza w spłuczce WC powoduje spust chyba dwudziestu litrów wody. Sypialnia jest ślepa, toteż światło dzienne dociera do nas, zakwaterowanych na parterze oraz piętrze kamienicy-studni bardzo oszczędnie. Do plusów zaliczyć natomiast należy całkiem sporą przestrzeń: porządne łóżko z pościelą nie w niezbyt lubianym przez nas stylu włoskim, a z Ikei, trzydrzwiową szafę, sporo różnych stolików i stoliczków, krzeseł itp. - miejsc, gdzie można się po prostu rozłożyć ze swoim walizkowym dobytkiem. Kuchnia wyposażona jest w płytę gazową, mikrofalę, lodówkę, a nawet pralkę, z której korzystamy dwukrotnie. Jednakże nie po to wybieramy się do Florencji, by siedzieć w takim czy innym mieszkaniu, lecz by spotkać się z historią.


Tym bardziej, że po wyjściu na plac nie pokonujemy nawet odległości stanowiącej rekord świata w skoku w dal, by rano znaleźć się przy straganach, a wieczorem przy najbliższej z jedenastu knajp usytuowanych na piazza. Okazuje się w dodatku, że w dwóch spośród nich można skorzystać z oferty

"aperitivo con buffeto"

- i za siedem lub osiem euro otrzymać coś do picia (żona wybiera codziennie innego drinka, ja konsekwentnie piwo), no i dowolną ilość razy podchodzić do około dziesięciu półmisków z potrawami ciepłymi i zimnymi - i za te nieduże pieniądze najeść się do syta. Nic dziwnego, że ciężko jest znaleźć wolny stolik na zewnątrz, ale i maleńkie z pozoru trattorie kryją w sobie sporych rozmiarów niespodzianki w postaci niewidocznych z ulicy, czasem zadziwiająco urokliwych sal.



Przed dwoma laty, gdy wybieraliśmy się do Rzymu, pewna znajoma zapytała mnie, czy robimy to w celach turystycznych, czy by zwiedzać kościoły. Takie postawienie sprawy nie ma większego sensu: historia Rzymu jest w tak wielkiej mierze historią chrześcijaństwa, że nie sposób oddzielić jedno od drugiego. Czy można oglądać Wieczne Miasto, nie wchodząc do żadnego kościoła? Z Florencją, mimo iż w mniejszej skali, jest podobnie. W mniejszej, bo miasto nie tych rozmiarów co Rzym, a powstanie najstarszego z zabytków - Baptysterium - datuje się na piąty - szósty wiek naszej ery, zaś inne cuda i cudeńka architektury budowane były kilkaset lat później.



Historia czasami przytłacza, ale częściej pozwala uświadomić sobie, jaką drobiną jest człowiek. Cóż znaczy nasze kilkudziesięcioletnie najwyżej życie wobec najwspanialszych wytworów ludzkich talentów i rąk sprzed stuleci? Nas nie było, a one właśnie powstawały lub od dawna już cieszyły poprzednie pokolenia. Nas nie będzie, a wokół takich miejsc nadal - jeśli ludzkości nie czeka jakiś kataklizm, jeśli Europa będzie umiała uporać się z niepokojąco rozrastającym się problemem stawania się coraz bardziej nieeuropejską - tłoczyć się będą kolejni żądni wrażeń i kontaktu z nieprzemijającym pięknem.



Po wizytach w Wiedniu, Rzymie i Watykanie, Amsterdamie i Haarlemie - przyszedł czas na Uffizi. Powiem od razu, że ani renesans, ani to, co go w historii sztuki poprzedza, nie jest tym, co fascynuje żonę i mnie najbardziej. Dlatego ze szczególnie ściśniętym sercem oglądaliśmy trzy autoportrety i Portret starego mężczyzny Rembrandta, dwa płótna Rubensa, obraz Jana Steena - zapamiętanego z Rijksmuseum mistrza rubasznych scen przy stole, dzieła Memlinga czy El Greca. Ale wiadomo, że to nie jest podstawowe danie w tym miejscu.

Do

Uffizi

wchodzi się po to, by obejrzeć Włochów. Tondo Doni - Święta Rodzina Michała Anioła - zupełnie inna niż patenty Lippiego i innych. Zamiast statecznego, spokojnego i pełnego majestatu piastowania małego Jezusa - dynamika przypominająca tę w rzeźbach, choćby Pietach. Szukam w kilku historiach sztuki znajdujących się na domowych półkach, ale nie znajduję żadnej wzmianki o... fryzurze Matki Boskiej. Mamy początek XVI wieku, a ona, zamiast tradycyjnie prostych długich włosów opadających na ramiona, najczęściej jeszcze przysłoniętych w niezliczonych pracach innych malarzy jakimś nakryciem głowy - ma, no właśnie, odsłonięte ucho, a nad nim wyraźnie krótsze włosy. Kilka kosmyków wręcz "odłącza" się od reszty, znajdując się bliżej policzka. Nawet jeśli przyjmiemy, że większość włosów znajduje się z tyłu głowy i jest niewidoczna dla oglądajacego (musiałyby one być wysoko upięte, bo szyja jest odsłonięta) - przyleganie do owalu głowy fryzury dostępnej oczom widza co najmniej zastanawia. W czasach gdy nawet mężczyźni nosili długie włosy, młody artysta zdaje się antycypować coś, co w damskiej modzie pojawia się dopiero w dwudziestym wieku, a w męskiej nie tak znowu wiele wcześniej.



Gdy oglądałem bliźniacze Wiosnę i Narodziny Wenus Botticellego - ciągnę te dyletanckie wywody - przypomniał mi się Heine ze stwierdzeniem, że pierwszy mężczyzna, który porównał kobietę do kwiatu róży, był genialnym poetą, drugi zaś - grafomanem. To, co dziś najczęściej można zobaczyć na przykład na Floriańskiej w Krakowie, pogardliwie nazywamy landszaftami, kiczem. Subtelna różnica tkwi w tym, że Botticelli zrobił to jako jeden z pierwszych, ponad pół tysiąca lat temu. Był geniuszem.

*
Od Madonn piastujących maleńkiego Jezusa, od zwiastowań i bezmiaru innych ilustracji biblijnych przypowieści najpierw kręci się w głowie, a potem - każdego dnia, bo nie tylko o Uffizi tu chodzi - przestajemy to wszystko przyswajać. Nie ma sensu zatrzymywanie się przed każdym płótnem czy freskiem, bo to w trakcie kilkudniowej wizyty prosta droga do wariactwa. Nie ma sensu, a jednak jest tak, że idziemy ulicą, natrafiamy na kolejny boży przybytek - i któreś z nas mówi: "To co, zajrzymy?" i mimo czasem odruchu znużenia - wchodzimy i właściwie za każdym razem zapiera nam dech w piersiach. Mówią wieki, ot co. W Polsce jeden Leonardo, u nich niemal na każdym kawałku ściany coś z co najmniej górnej półki. I ogarnia mnie radość, szczęście, że doczekałem chwil, by móc tego wszystkiego "dotknąć", nasycić oczy, nałykać się, coś zapamiętać, by zostało ze mną już na zawsze. Muzyka, płyty, koncerty i tych parę podróży: do grobu tego nie zabiorę, ale - ufam - czyni mnie to trochę innym człowiekiem. To nie to samo: wertować (kiedyś) podręczniki albo nawet najwspanialsze albumy - i móc stanąć przed jednym czy drugim obrazem, jedną czy drugą wspaniałą budowlą. Tego nikt mi nie odbierze.



*
W niedzielę w kościele na

Piazza Santo Spirito

otwarte. Okazuje się, że za pół godziny rozpocznie się msza. Zostajemy więc, słuchając potężnych dźwięków organów. W bocznej kaplicy natrafiamy na drewniany - co istotne - krzyż autorstwa Michała Anioła. Zupełnie nierenesansowy, wręcz surowy, skromny, bardzo oszczędny, gdy chodzi o środki wyrazu - i przez to jeszcze piękniejszy: proste, cienkie kawałki ciemnobrązowego drewna i równie smukła, szczupła postać Chrystusa. Cudo. Wisi sobie daleko od tłumów, nieszczególnie eksponowane nawet w tym przybytku, który zresztą i tak przez większość godzin i dni jest po prostu zamknięty.

O 10.30 rozpoczyna się nabożeństwo. Z tego samego miejsca, gdzie wisi ów krzyż, wychodzi wiekowy już celebrans. Ku naszemu zdziwieniu okazuje się nim nie "zwykły" ksiądz, a biskup. Nie znamy języka, przebiegamy więc tylko wzrokiem wydrukowany na czterech stronach porządek mszy. Przed Credo kolejne zdziwienie - biskup schodzi do nas, około siedemdziesięciu osób, staje między pierwszymi rzędami ławek i rozpoczyna kazanie. Nie wiemy, o czym mówi, ale czujemy, że zachowuje się zupełnie inaczej niż przedstawiciele polskiego episkopatu. On jest ze swoją trzódką, dba o nią, o tę garsteczkę, która jeszcze się ostała. Nie gani ciemnoskórej niewiasty, której dzwoni telefon, która odchodzi zaledwie parę metrów, by odbyć rozmowę, a następnie - jak gdyby nigdy nic - siada i dalej uczestniczy we mszy. I idzie nawet do komunii.

Po zakończeniu nabożeństwa celebrans nie ucieka natychmiast, lecz znów zatrzymuje się przy ławkach. Rozmawia ze starszą panią, uśmiecha się i gładzi ją po policzku, następnie poklepuje jowialnie po ramieniu jakiegoś wiekowego pana. Rozdaje uśmiechy i ciepłe spojrzenia, by w końcu zniknąć nam z oczu. Okazuje się, że tylko po to, by po paru minutach wmieszać się w tłum kłębiący się na placu. Od rana bowiem w najlepsze kwitnie handel - wszystkim: ceramiką, wyrobami z drewna, ręcznie wykonaną biżuterią, kosmetykami sporządzonymi z naturalnych składników, pieczywem...

Chrystus przegonił handlarzy ze świątyni, dziś z kupczeniem nie dzieje się inaczej. To, że

handel

odbywa się przed kościołami, to jeszcze zrozumiałe. Po prostym wyliczeniu frekwencji na wspomnianej mszy przestałem dziwić się i oburzać na płatne wstępy do jednego czy drugiego domu bożego, do ich pewnych części albo na pobieranie opłaty za możliwość robienia zdjęć (w Duomo w Bolonii). Rachunek jest brutalny: gdy nie ma wiernych i datków na tacę, kościoły zaczynają pobierać haracz od turystów. Sklep w krypcie katedry we Florencji czy innych kościołach nie jest już dziś niczym szczególnym.

Nie wiem, z jakich dokładnie funduszy wykonywane są na przykład remonty czy renowacje, ale pieniądze na te cele muszą się znaleźć, jeśli chcemy nadal oglądać zabytki i dzieła sztuki. Rusztowań i ogrodzeń wszędzie pełno. Widać są pieniądze, jest potrzeba, bo wiekowe budowle wołają o ręce czułych restauratorów, są technologie, które pozwalają robić to w miarę sprawnie i zgodnie ze sztuką budowlaną. Obowiązkiem kolejnych pokoleń jest chronić bezcenne dziedzictwo, no i - mówiąc trywialnie - biznes musi kręcić się dalej.

Gdy na początku lat 90. wzięto się za ratowanie coraz bardziej pochylonej Krzywej Wieży w Pizie, remont pochłonął trzydzieści milionów euro. Nie dziwota więc, że teraz - przy limitowaniu ilości chętnych do wdrapania się na nią - kasuje się za tę przyjemność, bagatela, osiemnaście euro, podczas gdy na znacznie wyższą wieżę - jedną z Due Torre w Bolonii (druga, niższa, jest odchylona od pionu jak pizańska i niedostępna dla zwiedzających) zaledwie trzy. No tak, ale tej ostatniej żadna póki co renowacja nie dopadła, a i tak, podejrzewam, że za rok - dwa cena pójdzie w górę.

Właśnie:

Piza.

Ostrzegano nas, że poza wieżą, katedrą i baptysterium nie ma w niej nic. I rzeczywiście - może poza nielicznymi historycznymi zabudowaniami wokół rzeki (tej samej co we Florencji, Arno) chyba niewiele. Poza, bagatela, urodą: zieleni, kwitnących drzew, domów konsekwentnie - jak w całych Włoszech - tynkowanych na słoneczne żółcie lub z elewacjami z dominującą cegłą.
Jednak był to dla mnie jeden z najmocniejszych, najbardziej emocjonalnych momentów tygodniowego wyjazdu: dotrzeć wreszcie pod jedną ze starych łukowatych bram, zza której wyłonił się widok katedry i tej przechylonej o cztery metry od pionu wieży, którą tak dobrze znałem choćby z podręczników historii. Niesamowite.



Z Pizy pociągiem pojechaliśmy do

Lukki,

najmniej spektakularnego z odwiedzonych pięciu miast, lecz posiadającego swój niezaprzeczalny urok. Życie tam toczy się jakby wolniej: miasto niewielkie, turystów mniej, za to kościołów zatrzęsienie - około setki. Niektóre z nich otwarte i, jak zwykle, warte choćby szybkiego ogarnięcia wzrokiem. Mieliśmy szczęście: w sobotnie popołudnie trafiliśmy na targowisko staroci (mój Boże, czego tam nie było!), a na owalnym Piazza dell'Anfiteatro, przypominającym trochę kształtem słynniejszy del Campo w Sienie, miał miejsce zlot starych samochodów - najczęściej z równie nobliwymi kierowcami i pasażerami.



Na

Sienę

poświęciliśmy cały dzień. Jej uroda warta jest spędzonych tam godzin: wyraźnie już górzyste położenie (z dworca kolejowego do miasta wiodą niekończące się - na szczęście ruchome - schody i chodniki), pnące się w górę niezliczone, wąskie uliczki i równie wiele tych gwałtownie nieraz opadających w dół.

Punkt siedzenia określa punkt widzenia. Nieraz zżymamy się na zniszczone domy, obskurne familoki choćby w Katowicach-Załężu, tymczasem trudno sobie wyobrazić, że Włosi kiedyś zaczną uzupełniać ubytki w tynkach, całych wręcz ścianach, że postanowią wymienić stare, koślawe bruki na nowe. Odebraliby w ten sposób miastom i miasteczkom wiele z tego, co stanowi o ich wyjątkowym klimacie, a turystom lwią część wrażeń. Więc patrzymy z zachwytem na te zamortyzowane w ponad stu procentach kamienice z kruszącymi się elewacjami, i przy okazji na stojące pod nimi, parkujące na lakier samochody - te ostatnie siłą rzeczy czasem niemiłosiernie odrapane. I gdy widzę stareńkie Renault Clio stojące na stromej uliczce, z zaciągniętym oczywiście hamulcem ręcznym i na biegu, to zastanawiam się, czy czasem coś nie nawali i taki pojazd nie ruszy w dół, siejąc popłoch, a może nawet śmierć. U nas kierowcy pod koła podkładają w takich sytuacjach kamienie albo drewniane klocki, tam nikt tym nie zaprząta sobie głowy.



Centralnym punktem Sieny jest niezwykłej urody, owalny i nachylony Piazza del Campo, na którym dwa razy do roku odbywają się słynne wyścigi konne - Palio. Tam mieści się Palazzo Pubblico z Torre del Mangia, wieżą, z której szczytu można podziwiać miasto i okolice. To samo da się także uczynić, kupując wejściówkę do Duomo, Baptysterium i Museo Civico, z tarasu którego rozciąga się imponujący widok. Sieneńska Duomo akurat ze wszystkich zobaczonych katedr podobała nam się najmniej - marmur w dwóch kontrastujących ze sobą barwach zastosowany także wewnątrz, łącznie z kolumnami, potęgujący wrażenie barokowego przepychu, nie zyskał w nas zwolenników.



*
Oprócz wszystkiego innego - przechodzimy tygodniowy

kurs uśmiechania się

jako sposób na lepsze, pokojowe współistnienie wszelkich nacji. Wśród tłumów ludzi tłoczących się na ulicach słynnych miast ciągle ktoś kogoś potrąca albo wchodzi komuś w kadr. To nieuniknione. Za pierwszym razem gdy mi się to zdarzyło, miałem pewnie na twarzy mało przyjazne spojrzenie. Przepraszający uśmiech, krótkie "sorry" wystarczyły, by mnie natychmiast wyprostować i przypomnieć zasady tej miłej gry. W której kartami zamiast zmarszczonego czoła, złych min i - niejednokrotnie - przekleństw dobywających się z wnętrz samochodów są odruchy ludzkiej życzliwości i wyrozumiałości.

Uczymy się szybko, ale, niestety, po powrocie do kraju równie szybko zapominamy. Czy wszystko da się złożyć na karb historii, która każe nam od tysiąca lat żyć między Niemcami i Rosjanami, surowszej aury tak często pozbawiającej nas słońca, nie najwyższych lotów gospodarki i polityki? Jest taki rysunek Andrzeja Mleczki, na którym Bóg w niebie rozmawia ze świętym Piotrem i mówi: "Wytłumacz mi, jak to jest. Wszystkim się tutaj bardzo podoba, tylko Polacy bez przerwy narzekają".