Albo drugie miejsce w zakończonych dopiero co eliminacjach okaże się wielkim otwarciem, przełamaniem, wyjściem z cienia, albo tylko kolejnym wynurzeniem głowy nad powierzchnię wody. Na chwilę i bez trwałych konsekwencji.

REKLAMA
*
Po ostatnim gwizdku sędziego wstałem z fotela i odetchnąłem z ulgą. Uff, nareszcie, tym razem się udało, panowie dowieźli prowadzenie do końca. Obrona oblężonej Częstochowy zakończyła się powodzeniem, choć utratą bramki "śmierdziało" wielokrotnie.
I zaraz dopadła mnie oskarżycielska wobec siebie myśl:
jakie to polskie!
Toż to jak, nie przymierzając, z tymi dwiema paniami:
- Jaką masz ładną sukienkę!
- A, daj spokój, stara już, rok w szafie wisiała...
Futboliści całkiem niedawno jeszcze mieli problemy z Mołdawią, a przez lata całe, gdy przyszło grać z bardziej wymagającymi rywalami, robili wszystko, by jak najszybciej pozbyć się piłki, oddać ją byle jak i byle komu, zaś po godzinie biegania oddychali rękawami.
Nawet w czasach największej chwały, w 1973 i 1974 roku, też z obroną nie było wcale różowo. Kto pamięta tamto Wembley, ten wie, że przez cały w zasadzie mecz kotłowało się pod bramką Tomaszewskiego. Szczęście było wówczas po naszej stronie - tak samo jak w inauguracyjnym meczu MŚ z Argentyną, gdy ta przy stanie 2-3 stawała na głowie, by doprowadzić do wyrównania. Nawet Włosi, ówcześni - jeszcze - wicemistrzowie świata, choć widmo klęski i przedwczesnego powrotu do domu zaglądało im w oczy, nieźle kręcili Gorgoniem, Żmudą, Szymanowskim i Musiałem.
Czas drugiej wielkiej chwały, rok 1982, dla mnie na zawsze pozostanie bladym odbiciem tej pierwszej, pod wodzą Kazimierza Górskiego. Kadra Piechniczka zagrała wówczas tak naprawdę dwa wielkie mecze, a może wręcz tylko półtora: drugą połowę z Peru i całe starcie z Belgią. To wystarczyło wtedy do trzeciego miejsca - którego nikt nigdy tej ekipie nie zabierze.
Dziś polscy reprezentanci gryzą trawę, Lewandowski szaleje przez dziewięćdziesiąt minut praktycznie w każdej części boiska,
przetrącany i kopany
na niezliczoną ilość sposobów, pokazując, że jest nie tylko obdarzonym wybornym instynktem strzeleckim egzekutorem, ale i liderem z prawdziwego zdarzenia. W środku jest Krychowiak, w obronie Glik, w bramce Fabiański - cała czwórka, przeżywająca akurat swój najlepszy piłkarsko okres, tworzy szkielet, wokół którego można już zbudować naprawdę niezły zespół.
Który - prawda - męczył się ze Szkocją, jeszcze bardziej z Irlandią, ale dziś nikt już tanio skóry nie sprzedaje, właściwie nie ma już chłopców do bicia, może poza Gibraltarem i San Marino. Z tą samą przecież Irlandią Niemcy trzy dni wcześniej polegli - i co z tego, że są dziś bladym odbiciem drużyny sprzed kilkunastu miesięcy, z MŚ w Brazylii? (Jak uczy doświadczenie, poczekajmy z oceną naszych zachodnich sąsiadów do kolejnej dużej imprezy, czyli finałów ME).
Przed rokiem zastanawiałem się, ile znaczy bezprecedensowy triumf nad Niemcami właśnie. Teraz pojawia się podobna refleksja związana z wywalczeniem awansu do finałów ME. Czy da się go porównać z wygraniem eliminacji do MŚ 1986 i wyprzedzeniem Belgii, eliminacjami do MŚ 2002 i przeskoczeniem Ukrainy oraz mocnej wtedy Norwegii, eliminacjami do ME 2008 i czterema punktami w meczach z Portugalią? Oby nie, bo finały wszystkich tych imprez okazały się, delikatnie rzecz ujmując, porażką biało-czerwonych.
I tak samo jest dzisiaj - i będzie za rok i przez wszystkie następne lata. Albo drugie miejsce w zakończonych dopiero co eliminacjach okaże się wielkim otwarciem, przełamaniem,
wyjściem z cienia,
albo tylko wynurzeniem głowy nad powierzchnię wody na chwilę i bez trwałych konsekwencji. O tyle - czujemy - jest inaczej - że nigdy albo od bardzo dawna nie mieliśmy w składzie aż tylu piłkarzy światowego czy europejskiego formatu. I serce się wyrywa, chciałoby, by to - jak dziś z upodobaniem powiadają dziennikarze zajmujący się sportem - w grze zespołu z orzełkiem na piersiach uczyniło różnicę.
By tych czterech wymienionych z nazwiska nie utraciło do czerwca 2016 niczego ze swej obecnej dyspozycji, a pozostali jeszcze mocniej zbliżyli się poziomem do nich. By drużyna wstydu nie przyniosła, wyszła z grupy i napędziła stracha najlepszym. Ale też, co jeszcze bardziej istotne, by to, co stało się w tych eliminacjach, było początkiem długiego, brzemiennego w skutki przez lata procesu. By reprezentacja Polski, gdy już przestaną w niej grać Lewandowski i Krychowiak, była nadal liczącą się siłą w futbolu, grającą regularnie w finałach wielkich imprez i groźną dla najlepszych. Czy to takie dziwne w trzydziestoośmiomilionowym kraju, że już zawsze mielibyśmy możliwość oparcia oka na
dwudziestu paru młodych ludziach
potrafiących nawiązać równorzędną walkę z reprezentacją kilkunastomilionowej Holandii czy porównywalną gdy chodzi o zasoby ludzkie Argentyną?
Jakże bym nie chciał, byśmy po trzech meczach w czerwcu przyszłego roku z goryczą powtarzali za Kumką Olik: "Podobno nie ma już Francji". Jakże bym chciał, by duetowi Boniek - Nawałka udało się coś, co nie udaje się od ponad trzydziestu lat (i chowam głęboko takie czy inne swoje spostrzeżenia na temat obu panów, są bez znaczenia). Piłkarski talent ich obu objawił się światu w Meksyku, w 1978 roku. Boniek stał się w ciągu kilku lat graczem światowego formatu, zaś Nawałka wskutek grzechów młodości przedwcześnie zakończył karierę.
Dziś im obu świeci słońce nad głową, mimo iż temperatura w Polsce niewiele wykracza ponad kreskę oznaczającą zero stopni. Niech donoszą tę ciążę – i za kolejnych dziewięć miesięcy uśmiechają się do nas z ekranów telewizorów i zdjęć. Skoro są już w Polsce stadiony, są – coraz częściej – spore pieniądze w piłce kopanej, niech też wreszcie w dużej liczbie pojawią się rodzimi piłkarze z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko zawodnicy z numerami na koszulkach.