Nie było żadnego pójścia na łatwiznę, dopuszczenia do tego, by orkiestra wypełniła każdą sekundę każdej piosenki. Unisono i kameralności nie zabrakło. Czasem odbywaliśmy podróż w czasie, w muzykę z minionych wieków, a czasem akcenty przesuwały się w stronę jazzu.

REKLAMA
*
Tamta epoka
Świat pędzi jak oszalały do przodu, zewsząd atakowani jesteśmy bardziej lub – najczęściej – mniej istotnymi informacjami. Tzw. rynek muzyczny zachowuje się nie mniej agresywnie, napastując nasze oczy i uszy dźwiękami gwałtownymi, wyprodukowanymi, spreparowanymi w takich czy innych studiach nagraniowych, spakowanych i przeznaczonych do natychmiastowej, jednorazowej konsumpcji. Zwykle z niekonieczną jakąkolwiek refleksją.
Jak dobrze więc, że są wokół nas ludzie, których talent wykracza daleko poza miarę jednego sezonu, zaś ich temperament sprawia, iż słuchacz chętnie ulega i poddaje się zupełnie innemu odmierzaniu czasu. Zwalniamy – wbrew wszystkiemu wokół – i dobrze nam z tym.
Korzkiew jest wszędzie, wszystko jest Korzkiew
Grzegorz Turnau wygrał festiwal piosenki studenckiej jeszcze jako licealista. Z biegiem lat mógł przepaść bez wieści. Lub utknąć w niebezpiecznej szczelinie nurtu studencko-poetyckiego, stać się jeszcze jednym bardem wykrzykującym do mikrofonu gniewne frazy albo cierpiącym za miliony. Mógł też podryfować w kierunku opolsko-sopockim, stać się artystą telewizyjnym, za to niekoniecznie sprzedającym swoje, z rzadka wydawane, przeciętne płyty i konfekcyjne koncerty adresowane do bliżej niesprecyzowanej publiczności.
Jego talent to jednak zupełnie inna skala. Od trzydziestu już lat tworzy rzeczy osobne, znaczące, wybitne, a za ich patrona, co wciąż powtarza, ma Marka Grechutę. Którego – to już moja opinia – jakiś czas temu przerósł.
Ledwie chwila, ledwie - krok
Przed ponad rokiem zachwycałem się ostatnią płytą GT –7 widoków w drodze do Krakowa. Ten materiał, nagrany z udziałem Śląskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Michała Nesterowicza, zrodził z kolei pomysł zorganizowania serii koncertów z udziałem właśnie takich orkiestr. Przedsięwzięcie to już inne, trudniejsze niż zebranie stałego, kilkuosobowego zespołu towarzyszącego i ruszenie w trasę po kraju.
Miejsc, w których możliwe jest ustawienie kilkudziesięciu wykonawców na scenie, w Polsce nie brakuje - to banał. Ale są wśród nich zupełnie nowe, powstałe z wielkim rozmachem architektonicznym z jednej, a z dbałością o jak najlepszą akustykę z drugiej strony. Zamysł koncertu w dużej sali katowickiego NOSPR-u jest więc oczywisty.
To twoich palców ciepło wciąż na tych klawiszach
Jeśli ogląda się artystę w akcji któryś już raz, trudniej o odnalezienie w sobie emocji największych, tych, które zwykle towarzyszą odbiorowi pierwszego oglądanego występu, zwłaszcza gdy czekało się na niego długie lata. Co w niczym nie zmienia faktu, iż obecność, rozbrzmiewanie muzyki popularnej – tej najtrudniejszej, najszlachetniejszej, najbardziej wysublimowanej, ale popularnej – w takim miejscu jest nadal i pewnie długo jeszcze pozostanie czymś niecodziennym. Lecz jak najbardziej uzasadnionym – z racji zamysłu artystycznego, koncepcji całego ostatniego albumu oraz sposobu jego realizacji. I dostarczającym szczególnych wrażeń.
W sobotni wieczór, obok gwiazdy wieczoru, na scenie znaleźli się muzycy tyskiej orkiestry kameralnej Aukso Marka Mosia, no i oczywiście zespół towarzyszący: Dorota Miśkiewicz, Mariusz Pędziałek, Robert Kubiszyn, Cezary Konrad oraz Robert Majewski.
Bo to przecież nasz dom jest i opowieść o nas
Oboista M. Pędziałek to poniekąd sprawca całego tego zamieszania. Przystępując do remontu swojego krakowskiego mieszkania, odkrył na ścianach freski. Zachował się wobec tego odkrycia jak pokorny artysta i wrażliwy człowiek, a nie jak mieszczuch, który pewnie szybko by je zamalował i pozbył się kłopotu związanego z wizytami konserwatora zabytków.
I w ten sposób na światło dzienne zostały wydobyte malowidła datowane na 1830-35 rok, stając się inspiracją do powstania całego cyklu pieśni. Turnau, jak sam opowiedział pomiędzy utworami, ubłagał Bronisława Maja o napisanie – przepięknych – tekstów. Tych tekstów, jak i muzyki mogliśmy posłuchać, a fotografie odrestaurowanych fresków oglądaliśmy na ekranie zawieszonym nad sceną. Okazało się także, że Pan Mariusz jest dzisiejszym jubilatem, obchodzi sześćdziesiąte urodziny. Nie obyło się więc bez dowcipnych, uroczych życzeń dla niego.
Bo życie krótkie, sztuka zaś długa

Koncert był dwuczęściowy. Nie przepadam za taką formułą, jestem zdania, iż rozbija ona dramaturgię koncertu. W tym konkretnym przypadku nietrudno jednak znaleźć wytłumaczenie takiej decyzji. Na część pierwszą złożyły się utwory z 7 widoków, zaś drugą stanowiły pieśni z wcześniejszych albumów. Ale bynajmniej nie był to zestaw największych przebojów – to byłoby zbyt łatwe, nie w stylu GT.
Orkiestra na żywo zabrzmiała mocniej, donośniej niż na płycie. Ale przepiękne miejsce koncertu aż prosiło się o to, by dźwięków allegro było więcej, by wypełnić muzyką przestrzeń sali. Tu jednak należy się kolejny wielki ukłon w stronę Pana Grzegorza i pozostałych grających. Nie było żadnego pójścia na łatwiznę, dopuszczenia do tego, by orkiestra wypełniła każdą sekundę każdej piosenki. Unisono i kameralności nie zabrakło – gdy miało być ciszej i liryczniej, oszczędnie w środkach wyrazu – tak było. Czasem odbywaliśmy podróż w czasie, w muzykę z minionych wieków, gdy na plan pierwszy wydobywał się obój wsparty pełnym brzmieniem smyków. A czasem akcenty przesuwały się w stronę jazzu – za sprawą trąbki Roberta Majewskiego i swingującej sekcji. Przy artystach tej miary, okazuje się, niepotrzebne są obawy o pomieszanie stylistyk, o karykaturalny efekt całości (jaki często dają koncerty kapel rockowych z orkiestrą symfoniczną).
A nas – kto śni?
Jak widać, da się. Na początku dwudziestego pierwszego stulecia iść pod prąd chwilowym modom i proponować coś, co stanowi trwałą wartość, co jest z nami już długo i zostanie na kolejne lata. Co przeczy temu, że nie ma już dziś miejsca na melodię, na rozwiązania harmoniczne sprzed stuleci. Na mądry, literacki tekst - na wiersze Horacego i Maja, Sarbiewskiego i Herberta czy Baczyńskiego i Lipskiej. Na ukłony w stronę mistrzów polskiej piosenki dwudziestego wieku – Grechuty, Przybory i Wasowskiego.
Może nie wszystko jeszcze stracone. Następcy co prawda nie widać, ale Grzegorz Turnau skończy w tym roku dopiero czterdzieści dziewięć lat. Więc – życzmy artyście i sobie – jeszcze dużo jego muzyki przed nami.
(Grzegorz Turnau, Orkiestra Aukso, NOSPR, Katowice, 20 lutego 2016)