Katarzyna Nosowska była trudna do poznania. Przed trzecim w programie utworem, "Ku słońcu", powiedziała więcej zdań niż na wszystkich wcześniejszych koncertach Heya, które miałem okazję oglądać. Żartowała, opowiadała anegdoty, raz po raz rozbawiając publiczność. Jak by tego nie było dość – uwaga - pląsała na scenie!

REKLAMA
*
O ileż trudniej jest zachwycić się czymś po latach, po całym ćwierćwieczu mniej lub bardziej intensywnego, ale bezustannego konsumowania muzyki, niż gdzieś na początku. O ileż trudniej uwierzyć młodszym od siebie niż tym, którzy mogliby być naszymi rodzicami lub przynajmniej starszym rodzeństwem. A jednak gwałtowność pierwszych piosenek śpiewanych przez Katarzynę Nosowską, hałas robiony przez czterech młodych facetów był pierwszym muzycznym doznaniem, który przedostał się przez zapory utworzone z płaczu i pieluch na pupach moich synów bliźniaków.
Z ostrożności kupiona kaseta Fire szybko została zamieniona na CD, do którego dołączały potem wszystkie kolejne. Moje uczucie do zespołu rozkwitło w okolicach Heledore i ?, kiedy niektórzy zastanawiali się, co będzie dalej z kapelą i czy nadal ma
pomysł na siebie
- tymczasem ja zachwyciłem się Listem czy Wczesną jesienią. I te silne emocje towarzyszą mi do dzisiaj, mimo przeżywanych niepokojów fana związanych z odejściem Piotra Banacha czy wyraźną woltą stylistyczną, gdy gitary zrobiły bardzo dużo miejsca elektronice. Nawet jeśli na koncertach brakowało mi dawnej energii, soczystych solówek Marcina Żabiełowicza, to płyty, choć inne niż dawniej, nadal sprawiały wielką radość.
Mimo dominacji klawiatur i komputerów, wciąż jest w graniu Heya to coś najistotniejszego, coś, co – wydawało mi się – w takiej instrumentacji nie jest możliwe: swing, puls. Jest – ta muzyka wciąż płynie, żyje, a nie jest tylko zimnym, wykalkulowanym wytworem studiów nagraniowych, efektem klikania w klawiatury bezdusznych komputerów. Chciałoby się, by czasem, jak dawniej, zespół dosypał do pieca, przypomniał, skąd się wziął, wrócił na parę minut do korzeni, ale skoro chce inaczej, to nadstawiam ucha, by poznać jego
argumenty.
Bo je po prostu ma – i to bardzo mocne. Żadna inna spośród polskich kapel, ani z tych zaczynających w latach 60., ani tych młodszych, nie zaskarbiła sobie tak bardzo moich względów. Żadna z tych, które – jak Hey - poszukiwały, popychały polskiego rocka do przodu, ani, poza Dżemem tylko, które szły wcześniej wytyczonym szlakiem. Żadna z tych nielicznych, które przez kilka dekad są aktywne i ciągle nagrywają nowe płyty.
Tak mam – i tak, najwyraźniej, zostanie. Hey rozpoczął wczoraj swoją trasę koncertową po kraju anonsującą wydanie nowego albumu, Błysku. Występ przy komplecie publiczności w katowickim Rialcie (bilety rozeszły się błyskawicznie) upewnił mnie, że Nosowska i jej pięciu kolegów są nadal w świetnej formie. Premierowy, po raz pierwszy słyszany materiał – co zawsze obarczone jest dodatkową trudnością w odbiorze – zabrzmiał momentami wręcz znakomicie.
Nasza Kasia kochana
była trudna do poznania. Przed trzecim w programie utworem, Ku słońcu, powiedziała więcej zdań niż na wszystkich wcześniejszych koncertach Heya, które miałem okazję oglądać. Niezmiennie skromna i stremowana, opowiadała o niepokojach związanych z nowymi piosenkami, z graniem ich na żywo jeszcze przed wydaniem płyty. Żartowała, sypała anegdotami, raz po raz rozbawiając publiczność. Jak by tego nie było dość – uwaga - pląsała na scenie! Tak, tańczyła, czego nigdy wcześniej nie było dane mi zobaczyć, co wydawało się w jej przypadku niemożliwe. Z fryzurą jak Mała Mi z Muminków, tyle że – w odróżnieniu od postaci literackiej – pełna ciepła i życzliwości, rozśmieszyła nas na przykład zdaniem, że wybrać się na koncert grupy Hey to jak pójść do muzeum.
Koncert z bisami trwał półtorej godziny, trzy pierwsze kwadranse zajęła prezentacja
nowych piosenek,
z których znana jest tylko Prędko, prędzej. Trudno oczywiście stwierdzić, na ile wersje koncertowe podobne są do tych przygotowanych na album, który ukaże się jeszcze w tym miesiącu. Było na pewno mocniej niż na dwóch poprzednich krążkach studyjnych.
Frontmenka tryskała energią, ale też, co nie mniej ważne, była w dobrej dyspozycji głosowej. Teksty może nie zawsze dostatecznie czytelne, przebijające się przez instrumenty, ale już po takim pierwszym razie wiadomo, że i z tej strony czekają nas dobre doznania. Nosowska jest dziś niedościgłą mistrzynią w opisywaniu uczuć. W kończących premierowy set Historiach (tu sięgam do setlisty), tak jak przed laty w Romansie petitem, znów w obezwładniająco prosty, piękny sposób opisała to, jak bardzo nie obchodzi ją świat i to w nim, na co nie ma wpływu, a jak ważna jest miłość: Z tobą wszędzie mi po drodze.
Druga część to już dobrze znane utwory
z wcześniejszych płyt,
choć z pewnym żalem odnotowuję, że zespół nie sięgnął w tym wyborze głębiej niż do [sic!], czyli pierwszej płyty nagranej z udziałem Pawła Krawczyka. Było Do rycerzy..., Kto tam? Kto jest w środku?, była Cudzoziemka w raju kobiet i Muka!. Trochę niespodziewanie w tym zestawie pojawił się mocno gitarowy Luli lali. Na bis usłyszeliśmy To tu, Stygnę, [sic!] i na koniec, już bardzo kameralnie, gdy z instrumentalistów pozostał na scenie tylko Marcin Macuk, przepiękne Nie więcej.
Więcej – już niebawem, bo Błysk ukazuje się 22 kwietnia. Sam skorzystałem z okazji i dokonałem przed koncertem przedpłaty, dzięki której krążek ma być do mnie wysłany sześć dni wcześniej. Taką sposobność ma każdy z posiadaczy biletów na występy zespołu w trwającej właśnie trasie. Już się cieszę na słuchanie. Bardzo.
(Hey: Przedbłysk, Katowice, Rialto, 31 marca 2016)