
Tydzień na „końcu starego świata": Lizbona, Sintra, Cascais i Cabo da Roca. Południowe słońce, choć - paradoksalnie - przygrzewające akurat słabiej niż nad Wisłą. Pomieszanie piękna i brzydoty, wrażeń wspaniałych, ale i takich, których wolelibyśmy sobie oszczędzić.
REKLAMA
*
Nie leżąc, a przedeptując spore ilości kilometrów. Liżąc, bo ileż można zobaczyć przez zaledwie tydzień. Lżąc, bo – używając wyświechtanego określenia – stolica Portugalii to miasto kontrastów, zabójczo piękna i pełna szpetoty, wreszcie - niebezpieczna. Tego ostatniego doświadczyliśmy w bardzo nieprzyjemny sposób, gdy przed siódmą rano czasu miejscowego żona krzykiem przegoniła z maleńkiego balkonu zakradającego się do środka złodzieja. Pierwsze piętro i niełatwy dostęp nie były dla niego przeszkodą, zaś uchylone dwuskrzydłowe drzwi stanowiły dostatecznie wielką pokusę.
Nie leżąc, a przedeptując spore ilości kilometrów. Liżąc, bo ileż można zobaczyć przez zaledwie tydzień. Lżąc, bo – używając wyświechtanego określenia – stolica Portugalii to miasto kontrastów, zabójczo piękna i pełna szpetoty, wreszcie - niebezpieczna. Tego ostatniego doświadczyliśmy w bardzo nieprzyjemny sposób, gdy przed siódmą rano czasu miejscowego żona krzykiem przegoniła z maleńkiego balkonu zakradającego się do środka złodzieja. Pierwsze piętro i niełatwy dostęp nie były dla niego przeszkodą, zaś uchylone dwuskrzydłowe drzwi stanowiły dostatecznie wielką pokusę.
Tak zakończyła się nasza druga noc podczas tego wyjazdu. Chwała mojej połowicy za czujność, bo ja odsypiałem lekkie odurzenie winem z poprzedniego wieczora spędzonego przy słuchaniu fado. Bezpowrotnie utraciliśmy poczucie elementarnego bezpieczeństwa, spaliśmy odtąd pozamykani, choć wspomniane drzwi wystarczyłoby nieco mocniej kopnąć, by rygle ustąpiły. Cały dobytek zabieraliśmy ze sobą – też ryzykując – pieniądze, dokumenty, karty płatnicze i tę odrobinę biżuterii, którą moja lepsza polowa, jak chyba każda kobieta, zabrała ze sobą w taką podróż. Okraść się nie daliśmy, napadu uniknęliśmy, ale w ciasnych i krętych uliczkach
Alfamy,
gdzie mieszkaliśmy, podobnie jak w wielu innych miejscach, na przykład wokół punktu widokowego św. Katarzyny na Bairro Alto, czuliśmy się bardzo nieswojo. Cóż, jak ktoś mądrze zauważył, wielu mieszkańców tłumnie odwiedzanych miast żyje z turystów: jedni służąc im noclegiem, jedzeniem, bibelotami albo rozrywkami, inni – okradając ich.
*
Z europejskich stolic starsze od od Lizbony są tylko Ateny, co daje przed wyjazdem nadzieję, że architektury zapierającej dech w piersiach nie zabraknie. Z drugiej jednak strony świadomość, że udajemy się do jednego z najuboższych państw starej Europy, do historycznie umocowanego wielonarodowościowego tygla rodziła pytanie o to, co zastaniemy. Z niegdysiejszego, kolonialnego bogactwa ostało się nie aż tak wiele, zarówno gdy chodzi o architekturę, jak i mentalność. Ale przecież – mówią wieki, wiele stuleci. Lizbona ma to, czego nigdy mieć nie będzie na przykład o wiele młodszy Madryt. Portugalia ma to, co w jakiejś mierze dotyczy poza nią tylko Hiszpanii, ale tamtych miejsc – prócz Toledo – nie dane nam było, przynajmniej póki co, zobaczyć: cudnej urody ślady kilkusetletniego panowania Maurów. No i
azulejos,
co prawda przybywające tam z Włoch poprzez Hiszpanię, ale rozpowszechnione na niebywałą skalę. Ceramiczne płytki, w tonacji azul, czyli niebieskiej, tworzące całe obrazy albo ściany czy elewacje domów ułożone z takich samych, przepięknie zdobionych kwadratów. Nigdy nie lubiłem przeładowanej porcelany włocławskiej, wzorowanej na azulejos i pewnie chińszczyźnie, ale tam, w południowym słońcu, te patenty smakują jakoś inaczej, stanowiąc o wyjątkowości tej części Starego Kontynentu.
*
O niepowtarzalności stolicy Portugalii świadczy też to, co stało się w 1755 roku: trzęsienie ziemi w niespotykanych w Europie rozmiarach (określane na dziewięć w dziesięciostopniowej skali Richtera), którego ślady pozostały do dziś. Dwa tego przypadki są w moim odczuciu szczególne. Pierwszy to
kościół Dominikanów
w Baixy, naznaczony na domiar złego pożarem w 1959 roku, po którym wnętrza nie przywrócono już do poprzedniego stanu. Po latach wciąż widoczne ślady ognia - osmalone ściany i wypalone boczne ołtarze - robią jednak ogromne wrażenie. No i sklepienie, surowe, pomalowane na – tu można się spierać – ciemnoróżowo. Niesamowite.
Drugi przykład jest jednocześnie dowodem mojego głupiego zaniechania. Nie weszliśmy tam pierwszego dnia, zaś plan paru ostatnich godzin pobytu, gdy chciałem naprawić błąd, storpedował deszcz: klasztor i kościół Karmelitów, którego gotyckie sklepienie zawaliło się na wiernych w czasie trzęsienia ziemi (był dzień 1 listopada) i którego nigdy nie odbudowano. Czyżby stanowiło to pretekst, by kiedyś wrócić do Lizbony?
Tym, mimo olbrzymich rozmiarów, co najbardziej oszołomiło nas swym pięknem, są dwie budowle. Pierwsza to utrzymany w manuelińskim stylu
klasztor Hieronimitów,
którego największą ozdobą są misternie rzeźbione krużganki (to tam w grudniu 2007 roku podpisano traktat lizboński). Przewodniki powiadają, że szczególnie pięknie prezentują się w popołudniowym słońcu, co tylko mogę skromnie potwierdzić. Skojarzenia z późniejszą o parę stuleci barcelońską robotą Antoniego Gaudiego chyba nie są całkiem od rzeczy.
Drugie miejsce to budowla na najwyższym z siedmiu lizbońskich wzgórz –
zamek św. Jerzego,
zamek św. Jerzego,
a ściślej odnowiony kompleks średniowiecznych murów i wież obronnych, z których roztaczają się piękne widoki na całe miasto. Raj dla fotografujących.
*
Odwiedzamy trzy miejsca, w których zgromadzone są dzieła sztuki – w nich zawsze malarstwo było i będzie tym, co szczególnie przykuwa uwagę żony i moją. Korzystamy z tego, że w sobotę są darmowe godziny wejścia do Centrum Kulturalnego Belém połączonego z Muzeum Berardo. Usytuowane jest ono niemal naprzeciw klasztoru Hieronimitów i – choć podobno na początku budziło kontrowersje swą architekturą – nam bardzo spodobało się połączenie historii z nowoczesnością, a więc zastosowanie tego samego co w budowlach powstałych przed wiekami piaskowca w połączeniu z nowoczesnymi bryłami prostopadłościanów. Same zbiory raczej zawiodły, prac uznanych dwudziestowiecznych artystów nie ma tam aż tak wiele.
Za to następnego dnia, też gratisowo (w niedzielę od 14.00), dostajemy wiele w jednym – mianowicie w kompleksie
Muzeum Gulbenkiana.
Jest tam van der Weyden, Ghirlandaio, Rubens, van Dyck, Hals, Rembrandt i trochę obrazów impresjonistów, ekspozycja prac twórców portugalskich, wśród których naszą uwagę zwróciły m.in. dzieła zmarłego w wieku niespełna trzydziestu jeden lat Amadeo de Souza Cardoso, załapaliśmy się ponadto na wystawę pop artu.
Muzeum Gulbenkiana to także olbrzymi ogród z pięknie kwitnącymi chyba nie tylko w maju drzewami i krzewami, z wodą, a w niej i wokół niej karpiami i kaczkami.
Nie wyobrażaliśmy sobie też pominięcia Narodowego Muzeum Sztuki Dawnej. Tam dostępne są płótna Petera Breughla Młodszego, Lucasa Cranacha Starszego, Hiszpanów dobrze znanych z Madrytu – Ribery i Zurbarána, Jana Steena zapamiętanego z Rijksmuseum, a wreszcie docieramy do sali, w której wiszą dzieła Dürera, Holbeina oraz – gwóźdź programu – jeden z wielkich tryptyków Hieronima Boscha, Kuszenie św. Antoniego. Dopchać się do Boscha w Prado to nie lada wyczyn, tutaj nie stanowiło to żadnego problemu.
*
Dwa dni poświęciliśmy na to, co położone jest wokół Lizbony. Pierwszy z nich cały spędziliśmy w
Sintrze.
Zaczęliśmy od Pałacu Narodowego, stosunkowo niedużego i w stanie permanentnego remontu, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz, co nie przeszkadza pobierać znaczące dziesięć euro od osoby. Mnie znudziło, bo nie lubię arrasów, foteli czy łoży królewskich, które wszędzie (to oczywiście moja opinia) wyglądają tak samo. W ten sposób najbardziej zainteresowała mnie tam… kuchnia.
Potem było jednak zdecydowanie lepiej: wkroczylśimy do baśniowej Quinta da Regaleira. W każdym facecie pozostaje coś z małego chłopca, pytanie tylko, ile ma w związku z tym do wydania – jeden pisze blog, drugi bawi się dronami czy helikopterami, inny, milioner, tworzy krainę czarów. Na sporym zboczu każe wybudować wieże i wieżyczki, kilometry krętych ścieżek, studnie i podziemne korytarze, a wszystko to okrasić południową roślinnością. Chodzić, gubić się i odnajdywać w ogrodzie można by cały dzień, tak jak robiły to zapewne poprzednie pokolenia, tylko nikt kiedyś nie nazywał tego grą w chowanego albo miejską.
Oszałamia średniowieczny
zamek Maurów,
forteca przypominająca nam hiszpańskie Toledo, z tą zasadniczą różnicą, że położona w pewnej odległości od zabudowań miasta, trudno dostępna, rozległa i wymagająca dobrego obuwia oraz kondycji. Z architektury pozalizbońskiej ów zamek robi zdecydowanie największe wrażenie.
Z jego najwyższego miejsca widoczny jest czwarty istotny punkt programu – Pałac Narodowy Pena. Docieramy i do niego, zastanawiając się, czy kolorystyka elewacji (drugi po Regaleira urzeczywistniony radosny sen dziecka) zawsze była taka, czy to wymysł ostatnich czasów. I znów długo spacerujemy po otaczającym ogrodzie, raz po raz zachwycając się roślinnością w pełnym rozkwicie.
Drugi dzień poza stolicą Portugalii to najpierw krótka podróż pociągiem do
Cascais,
takiego ichniego Sopotu, tyle że – bagatela – przez większość roku skąpanego w słońcu i położonego nad brzegiem oceanu. Zabudowa typowa dla kurortu miesza się tutaj z historią, choć zaznaczoną oczywiście mniej spektakularnie niż w Lizbonie.
Następnie wsiadamy do autobusu i jedziemy na koniec „starego świata”, do najbardziej na zachód wysuniętego skrawka europejskiego lądu – przylądka
Cabo da Roca.
Niepokoi nas, że w miarę wspinania się w górę krętą drogą, pogarsza się widoczność. Z zalanego słońcem Cascais przedostajemy się w rejony coraz bardziej mgliste. Zastanawiamy się, czy w ogóle coś zobaczymy. Okazuje się jednak, że niepotrzebnie: mgły co prawda nadal ścielą się tuż nad mocno pofałdowanym w tym miejscu, górzystym terenem, ale to, po co przyjechaliśmy, jest dobrze widoczne.
Gdybyż to było banalne, płaskie wybrzeże z plażą, pewnie niejeden wzruszyłby zawiedziony ramionami. Lecz to, co ukazuje się oczom, chyba nikomu nie pozwala pozostać obojętnym. Ziemia pokryta jest tu nadmorsko-górską roślinnością, mgła snuje się wokół stóp, a skalisty, kamienisty grunt urywa się gwałtownie, ustępując kilkadziesiąt metrów niżej Oceanowi Atlantyckiemu. Przepiękne widoki w połączeniu ze świadomością, w jakim miejscu na mapie świata się znajdujemy, sprawiają, że te wrażenia pozostaną gdzieś w środku nas na zawsze. Zastanawialiśmy się wcześniej, czy warto się do Cabo wybrać, dziś wiemy, jak wielkim błędem byłoby zrezygnować z tej części programu.
*
Dziwna ta Lizbona. Przepięknie położona.
Tag
u swego ujścia do oceanu rozlany jest już tak szeroko, że patrząc z miasta w stronę wody myślimy raczej o morzu niż rzece. Wzgórza zawsze wzmacniają koloryt miasta – teren raz po raz to wznosi się, to opada, zabudowa rozlewająca się po zboczach wzniesień tworzy panoramę, o jakiej miasta powstałe na równinach mogą tylko pomarzyć. Południowe słońce i łagodne zimy sprawiają, że mało kto przejmuje się tym, by domy były solidne i zadbane. Zwłaszcza w ciasnych uliczkach wyposażone są w niewielkie okna z pojedynczymi szybami i byle jakie drzwi balkonowe z mnóstwem szpar – to standard. Wiele kamienic straszy nie tylko odrapanymi tynkami, to już nie jest uroda włoskich miast i miasteczek, ale wręcz jest opuszczonych i w stanie zagrażającym katastrofą budowlaną. I dotyczy to nie tylko miejsc klasy B lub C, ale i tych najbardziej reprezentacyjnych, choćby vis à vis Parlamentu, gdzie urzędują nie tylko posłowie, ale i premier. Albo tuż obok przepięknej Casa dos Bicos, gdzie siedzibę ma fundacja Joségo Saramago, portugalskiego noblisty w dziedzinie literatury. Najwyraźniej nikt tym się nie przejmuje. Południowa mañana pomieszana z kilkudziesięcioletnim nieszczęściem, jakim była dla Portugalii dyktatura Salazara. Tak jak czasy Franco w sąsiedniej Hiszpanii albo komunizm w naszej części Europy.
Oddychamy lizbońskim powietrzem, próbujemy nasycić oczy zarówno pięknymi widokami, jak i klimatem krętych, opadających i wznoszących się na przemian, czasem gwałtownie, ulic, uliczek i zaułków, którymi niejednokrotnie przeciskają się samochody, a nawet jadą, jak gdyby nigdy nic,
tramwaje.
Wciąż te stare, znane ze zdjęć, pocztówek i przewodników, ale dziś upstrzone reklamami. Żółte, czerwone, zielone, niebieskie. Przejechaliśmy się takimi, a jakże. Tak samo jak windami – zarówno taką w dzisiejszym rozumieniu (Elevadorem Baixa), jak i starą, czyli prawie tramwajem, pnącym się pod sporą górę i z powrotem, wyjątkowej urody Elevadorem do Lavra. Popróbowaliśmy ryb, smażonych sardynek, portugalskiego wina i piwa, sagres. Stanęliśmy pod Estadio da Luz, na co dzień stadionu Benfiki, a w 2004 roku miejsca finałowej klęski gospodarzy Euro z Grekami. Zaliczyliśmy wieczór w knajpie z fado, gdzie śpiewało kilkoro pieśniarzy płci obojga i w różnym wieku. Nadal nie podzielam zdania Marcina Kydryńskiego, który twierdzi, że Polakom bliżej do fado niż do rocka czy bluesa, ale muzyka na żywo, zwłaszcza w wykonaniach niewybebeszających trzewi na wierzch – zabrzmiała naprawdę dobrze.
Zobaczyć Lizbonę i umrzeć? Bez przesady. Wrócić? Prędzej, ale zamieszkać w – przynajmniej statystycznie – bezpieczniejszym miejscu niż Alfama. Wrócić? Tak, tylko że… jest tyle innych miejsc, w których jeszcze nie byliśmy.
[Lizbona, 17-24 maja 2018]
