Jeśli cały dorobek McCartneya to jedna z najwspanialszych kopalni w dziejach muzyki, nie tylko pop, nie tylko ostatnich (prawie) sześćdziesięciu lat, to "Egypt Station" jest w tej kopalni jeszcze jednym bogatym w złoża chodnikiem.

REKLAMA
*
Przed laty był taki film Francisa Forda Coppoli – Peggy Sue wyszła za mąż – w którym główna bohaterka (grana przez Kathleen Turner) traci przytomność na zjeździe absolwentów i z całym życiowym bagażem doświadczeń cofa się do czasów szkoły średniej i lat 60. Bogatsza o tę wiedzę, postanawia wyprostować wszystkie popełnione przez siebie błędy. Podpowiada na przykład swej niedowarzonej sympatii, głupawemu i fircykowatemu chłopakowi (Nicolas Cage), który próbuje założyć zespół muzyczny, chwytliwy refren: She Loves You, yeah,yeah, yeah. A on przybiega do niej następnego dnia i pyta z entuzjazmem:
- Słuchaj, czy nie lepiej zabrzmiałoby She Loves You, wow, wow, wow - ?
Pod spojrzeniem dziewczyny nawet z takiego kretyna uchodzi całe powietrze.
*
Ta scena przypomniała mi się, gdy czwarty albo szósty raz zapuściłem sobie w odtwarzaczu nowy album Paula McCartneya. I jak od natrętnej muchy zacząłem się odganiać od myśli, że tu i ówdzie nie dopracowano szczegółów, jakby nie wychodząc poza wersję demo, że wycyzelowanie pewnych drobiazgów spowodowałoby, iż Egypt Station jeszcze częściej wgniatałby słuchacza w fotel. Że może wtedy mielibyśmy poczucie, iż oto słuchamy arcydzieła starego mistrza.
No nie, Grygierczyk – pomyślałem w końcu. - Więcej pokory. Chciałbyś poprawiać McCartneya?!
Kocham Beatlesów.
Rosłem przy tej muzyce,
ich piosenki były jak powietrze. Gdy ma się kilka lat, gdy wszystko jest świeże, dzieje się tu i teraz, trudno o jakąkolwiek refleksję. Lata 70., jak wszystko, co następuje „zaraz po”, bardzo chciały się zdystansować od poprzedniej dekady, czyniąc jej brzmienia bardzo passe. Ale w 1980 roku Lennon, jak się miało okazać – tuż przed śmiercią, wydał po paru latach milczenia nowy album: Double Fantasy. Taką niemodną, starą płytę, jak mi się wtedy, osiemnastolatkowi, wydawało. Tymczasem okazało się, że to był – bodaj pierwszy – pomost między nowo powstającymi nagraniami a latami 60. Jako student o The Beatles miałem już zupełnie inne zdanie i przez blisko cztery dekady nic tu się nie zmieniło, jeśli nie liczyć pogłębiających się uczuć. I pewności, że ten kwartet to jeden z najważniejszych punktów odniesienia nie tylko w rocku, ale w całej pop music.
Właśnie. Paul McCartney niemal zawsze drażnił fanów mocnego grania. Bo on nie cały mieści się w formule rokendrola, a raczej – tylko trochę: muskając go od czasu do czasu, wykorzystując – najczęściej – rockowe instrumentarium. Ale tak naprawdę
kompozytorskim geniuszem,
skalą talentu wpisując się w historię całej muzyki, z Mozartem Wolfgangiem A. na czele. Bo łatwość wymyślania świetnych melodii przez Sir Paula jest porażająca. Świadomość, ile przez te ponad już pół wieku napisał, musi, a przynajmniej powinna budzić wielki szacunek. Iluż to znakomitych artystów sięgało po jego numery?!
Oczywiście, zawsze rodzi się pytanie, dlaczego nie cały czas był wierny sobie – temu z czasów młodości, dlaczego na przykład nagrywał całą płytę z użyciem tylko syntezatorów? Dlaczego odchodził od tego, co umie robić najlepiej? Tak, ale to pytanie banalne i głupie ze swej istoty: czemu artysta przez pięćdziesiąt lat nie potrafi cały czas utrzymać najwyższego poziomu? I: dlaczego poszukuje? Tak jak banalna jest odpowiedź, że na tzw. stare lata wraca raz jeszcze do sprawdzonych patentów.
Gdyby się nie potykał, gdyby nie odchodził w takie czy inne rejony, pewnie płyty takie jak najnowsza nie cieszyłyby tak bardzo. Może właśnie dzięki temu, że forma na przestrzeni lat raz zwyżkuje, a raz jest słabsza, tak bardzo cieszymy się z dokonań na miarę tych z najwyższej półki.
Bowiem
im więcej Beatlesa w McCartneyu,
tym moja miłość fana do niego jest głębsza i niestawiająca warunków. Słuchając nasty i dwudziesty raz nowych jego propozycji mam coraz mniej wątpliwości. Przestaję czepiać się tych – pozornie - błaho, plastikowo opracowanych dźwięków, ciesząc ucho wspaniałymi melodiami. Wzruszam się najmocniej i rozpływam w momentach, gdy smyki przenoszą mnie w szczególnie bliskie sercu klimaty, a więc Strawberry Fields Forever albo Penny Lane (np. Do It Now), albo wyciąga na plan pierwszy fortepian jak w Let It Be (I Don’t Know, Hand In Hand) uśmiecham, gdy wiekowy mistrz dociska mocniej – gitarowo i głosowo (Come On To Me, przy którym mam ochotę maszerować, szeroko wymachując nogami i rękami, zupełnie jak przy Ob-La-Di Ob-La-Da)
Jeśli cały dorobek McCartneya to jedna z najwspanialszych kopalni w dziejach muzyki, nie tylko pop, nie tylko ostatnich (prawie) sześćdziesięciu lat, to Egypt Station jest w tej kopalni jeszcze jednym
bogatym w złoża chodnikiem,
równie znaczącym jak wydany dwadzieścia jeden lat temu Flaming Pie. I raz jeszcze dowodzący tego, że jak przed laty Beatlesi byli wzorem z Sevres i punktem odniesienia dla wszystkich innych, a jednocześnie sami niezwykle umiejętnie, z wielkim talentem, przeszczepiali na swój muzyczny grunt rockowy ferment końca lat 60., tak samo dziś Sir Paul ma oczy szeroko otwarte, zgrabnie nawiązując w ostatnim, bonusowym Nothing For Free do brzmień ostatnich lat, tak samo potrafi zaczerpnąć z dokonań innych, jak w funkującym Caesar Rock kojarzącym się nieodparcie z Suicide Blonde INXS.
Mam wrażenie, że im bliżej końca krążka, tym jest wspanialej. Ale pewnie to skutek radości, z jaką pławię się w tych piosenkach, stojąc na tytułowym dworcu i podróżując w czasie. Przecież te piosenki z powodzeniem mogłyby znaleźć się na płytach The Beatles i być dziś równie wielkimi klasykami. Ileż w nich aranżacyjnego rozmachu, jakże są różnorodne! Kto ma wątpliwości, niech posłucha bodaj najpiękniejszego fragmentu, swoistej cody do Abbey Road - Despite Repeated Warnings przechodzącego w Station II, a następnie w Hunt You Down/Naked/C-Link.
Pan Muzyka - Mr. Music jest w znakomitej formie. I jak tu nie cieszyć się na myśl, że jego krakowski koncert coraz bliżej? Ceny biletów mocno nadszarpnęły domowy budżet, ale po takiej nowej płycie, po niezapomnianym występie na Stadionie Narodowym w 2013 roku wierzę mocno w to, że Mistrz znów wyszarpie nas wszystkich za uszy. I że wiele łez wzruszenia stoczy się tego wieczoru po wielu policzkach.
(Paul McCartney, Egypt Station, 2018)