Środa. Jakiś otłuszczony buc wjeżdża koleżance w tył samochodu. Chamstwem, podniesionym głosem i furą za dwieście albo więcej tysięcy próbuje zakrzyczeć fakty. Gdy przyjeżdża policja, stwierdza, że nawet „jej” nie dotknął.

REKLAMA
Policjanci – jest już po zmroku – oświetlają latarką poszkodowany pojazd, odnajdując odciśnięty w drzwiach bagażnika ślad po znaczku mercedesa. Następnie oglądają przód pojazdu sprawcy i stwierdzają, że ów znaczek oderwany jest od wlotu powietrza.
- No, może ją lekko stuknąłem.
Piątek. Inna koleżanka dzwoni i mówi, że jej mężowi ktoś wjechał w tył samochodu. Nie mocno, ale jednak.
W tym samym czasie ja, zamiast – jak planowałem – zająć się ubieraniem choinki, stwierdzam awarię gazowego kotła c.o. W domu coraz zimniej, a ja po pewnym czasie wiem, że sam nic nie wskóram. Dzwonię do mechanika. Ten, po opisaniu mu tego, co dzieje się z piecem, stwierdza, że nie ma właściwej wentylacji. Dębieję, bo od siedemnastu lat nic w układzie domostwa i obiegu powietrza się nie zmieniło. Powiększam szczelinę w otworze wentylacyjnym, robię przeciąg w pomieszczeniu, w którym znajduje się kocioł. Bez skutku. Dzwonię powtórnie.
- Brak konserwacji – orzeka.
- Jak to, przecież w październiku był na przeglądzie pana brat! - protestuję.
Po pewnym czasie dzwoni ten drugi, czyli brat, patrzy chyba w swój grafik i proponuje przyjazd w poniedziałek, czyli wigilię.
- To w weekend mam sobie rozpalić ognisko na środku pokoju? Nie da pan rady jutro?
Facet ustępuje i umawia się na sobotę między dziewiątą a jedenastą. Wciąż zachodzę w głowę, czy usterkę da się za jednym podejściem usunąć, czy nie zostaniemy – prawie dosłownie – na lodzie z zaplanowaną na dwanaście osób kolacją wigilijną.
Piątek wieczorem. Dzwoni znajoma, ta od stłuczki z mercem, i opowiada historię, której przy biurku chyba nikt by nie wymyślił. Jej szesnastoletni syn był podwożony do domu przez rodziców dobrego kolegi. Wsiadał na tylną kanapę tak nieszczęśliwie, że potrącił – pusty – dziecięcy fotelik tam zamontowany. Fotelik uderzył owego kolegę z twarz tak nieszczęśliwie, że chłopak ma złamane dwie jedynki w uzębieniu. A za dwa tygodnie kończy osiemnaście lat.
*
Piątek rano. Media informują o tragedii w kopalni w Karwinie.
*
Niedziela rano. Dzwoni teściowa i mówi, iż jej najbliższej sąsiadce, która niespodziewanie owdowiała na początku tego roku, wczoraj zmarła mama.
**
Sobota rano. Przyjeżdża macher od pieca. Rozkręca go i okazuje się, że wiekowy kocioł (wymiana na nowy to około dwanaście tysięcy i nie na pstryknięcie palcem) doznał tylko banalnej usterki eksploatacyjnej. Płacimy drobne czterysta czterdzieści złotych za know-how, weekend oraz trzy kawałki sprasowanego i odpowiednio zaimpregnowanego papieru przypominającego podkład pod panele podłogowe, po czym w mieszkaniu robi się ciepło. Oddychamy z ulgą i zabieramy się za przedświąteczne sprzątanie.
***
Samo życie – chciałoby się, banalnie, powiedzieć. Ale nie sposób używać wyświechtanych słów w obliczu spraw ostatecznych. Kocioł znów działa, samochody też pewnie za jakiś czas nie będą nosić śladów zdarzeń-zderzeń, z zębami większy problem, ale stomatologia coś pewnie na to zaradzi. Gorzej z tym, co nieodwracalne i nie do naprawienia. Życia nic nie wróci. Na ból jedynym i nie do końca skutecznym lekarstwem jest tylko czas, mógłbym trochę na ten temat powiedzieć.
Niech więc Was wszelkie smutki omijają szerokim łukiem. Życzę Wam, nie tylko w święta i nie tylko zimą, atmosfery w domu ciepłej jak dobrze funkcjonujący kaloryfer. I umiejętności cieszenia się faktem, że jest ktoś obok i można się do niego (do nich) uśmiechnąć. Spojrzeń jaśniejszych, jak słońce w pogodny dzień, i słów prostych jak kolęda. Ach, jeszcze muzyki – wszystko jedno, starej czy nowej, bo ona łagodzi sami wiecie co. A politykę zostawcie na wycieraczce przed drzwiami wejściowymi.
Tekst linka