Każdy, komu dane było zobaczyć w akcji Beth Hart, wie już, że to wulkan energii, że nie oszczędza się ona ani przez moment, śpiewając ile pary w płucach. Że ogień pali się w niej wielkim płomieniem.

REKLAMA
*
Nie wiem, nie mi zresztą wyprowadzać tego typu dowody, czy sztuka przez duże i nieco mniejsze „S” jest dziś u swego kresu, a może wręcz już „po”, lecz faktem jest, iż twórcy czerpią obecnie i odnoszą się do przeróżnych zjawisk z przeszłości nieodległej albo trochę dawniejszej. I, zawężając tę myśl do muzyki popularnej, ilekroć ubolewam nad swoją coraz większą odpornością na nowe nazwy i nazwiska i wciąż większą ochotą, by grzebać w korzeniach, ratuje mnie – pocieszam się – fakt, iż miejsce na rynku jest dziś dla artystów tak przeróżnych, zarówno tych mniej lub bardziej skutecznie szukających jakichś nowych dróg, jak i tych, których wyobraźnia i temperament skłania do poruszania się
dawno wytyczonymi szlakami.
I jeśli ci drudzy robią to dobrze czy wręcz znakomicie, jeśli sprzedają swe płyty w imponujących ilościach oraz zapełniają sale koncertowe nie tylko w Miejskim Domu Kultury w Chorzowie Batorym, ale także w Royal Albert Hall, to znaczy, że nie jestem sam ze swoimi emocjami, sam z tą myślą. Oraz blogiem, co to coraz bardziej jest „Older rock” albo wręcz „Old (man) and rock”.
Każdy, komu dane było zobaczyć w akcji Beth Hart, wie już, że to wulkan energii, że nie oszczędza się ona ani przez moment, śpiewając
ile pary w płucach
od pierwszej linijki pierwszej piosenki, że daje radę – w co aż trudno uwierzyć - do samego końca. Że pali się w niej ogień wielkim płomieniem, a temperament sprawia, iż ciągle zagaduje w stronę publiczności, wielokrotnie na granicy egzaltacji. I chyba tylko to ostatnie odróżnia ją od bardziej powściągliwego między kolejnymi numerami Joego Cockera. Słuchając jej swoistego „The Best Of” w wydaniu na żywo, nieodparcie przychodzi mi na myśl nieodżałowanej pamięci JC, który od zawsze rozrywał mnie na strzępy swoją wersją With a Little Help From My Friends. Nieważne, czy w wydaniu studyjnym z Jimmym Page’em na gitarze, czy koncertowym z Woodstock albo znakomitego Live wydanego pod koniec lat 80. Z tego, co wiem, nigdy nie dane było im – Cockerowi i Hart – zaśpiewać razem, a szkoda. Bodaj w kwietniu ukaże się krążek Erica Galesa, a na nim bardzo bliska Cockerowskiej wersja przeboju The Beatles z Hart przy mikrofonie.
Tekst linka
Póki co, po Black Coffee, czwartym wspólnym dziełem Beth z Joem Bonamassą, dostaliśmy w 2018 roku dwupłytowy album koncertowy wokalistki. A na nim chyba
nic, czego byśmy o niej nie wiedzieli
– czyli wydawnictwo wyposażone we wszystkie dobrze znane atuty. Dwie godziny czasem ostrej jazdy przeplatanej balladami, wszystko na spenetrowanym w latach 60. i 70. gruncie z pogranicza bluesa i rokendrola, z trzyosobowym składem świetnych muzyków, z liderką przy mikrofonie, klawiszach albo z gitarą akustyczną w dłoniach. Beth Hart zachęca: „Please, sit down, relax”, ale gdy zanurzyć się w tej muzyce, nawet siedząc w wygodnym fotelu w domu, nie sposób nie dać ponieść się tej energii. Kolejny raz jak wielki komplement brzmi stare hasło: „Znacie? To posłuchajcie!”.
(Beth Hart, Live At The Royal Albert Hall, 2018)