
22 listopada 2018, w pięćdziesiątą rocznicę wydania "Białego Albumu", ukazały się jego rozbudowane reedycje. W wersjach dla zamożnych i skromniejszej, trzypłytowej.
REKLAMA
*
Tego typu wydawnictw raczej nie należy rozpatrywać w kategorii "Czy jest w nim coś, czego byśmy o wykonawcy nie wiedzieli?". Od wielu lat ukazują się kolejne reedycje płyt sprzed lat, na nowo zremasterowane, inkrustowane kolejnymi, niepublikowanymi dotąd nagraniami albo wersjami demo utworów zamieszczonych na oryginalnym krążku.
Tego typu wydawnictw raczej nie należy rozpatrywać w kategorii "Czy jest w nim coś, czego byśmy o wykonawcy nie wiedzieli?". Od wielu lat ukazują się kolejne reedycje płyt sprzed lat, na nowo zremasterowane, inkrustowane kolejnymi, niepublikowanymi dotąd nagraniami albo wersjami demo utworów zamieszczonych na oryginalnym krążku.
Rock się postarzał,
sklasyczniał. Literacki Nobel dla Dylana, tytuły szlacheckie dla wielu muzyków, ołtarze w stylu "Rock'n'roll Hall of Fame" - stanowią zaledwie wierzchołek góry lodowej. To proste: atencja należy się wielkiej sztuce od zawsze, a dzieła rockowe, które przetrwały pół już wieku i wciąż są pożądane przez słuchaczy, do takiej grupy zaliczyć należy. Rodzi się pytanie, czy wylądują ostatecznie w szufladce z napisem pop art, czy też, niektóre przynajmniej, określane będą mianem sztuki wysokiej.
Przestraszył mnie co prawda ostatnio profesor Tadeusz Sławek, tłumacz książki Nicka Cave'a „Pieśń torby na pawia”, mówiąc, iż w trakcie pracy translatorskiej doszedł do wniosku, że pewne nazwiska i nazwy należy
opatrzyć przypisami.
To bowiem, co święte dla pokolenia, może dwóch, które wychowały się na rocku lat 50.-70., już takim niekoniecznie jest dla młodszych fanów. Oni częstokroć nie znają bożyszcz tamtych czasów, mają za to inne, swoje. Widzę to zresztą po moich dobiegających powoli trzydziestki synach, że kręci ich inna muzyka, a do stale wydłużających się półek z nabytkami żony i moich nie sięgają prawie wcale. Cóż, pół wieku to dużo, ale lata prawdy nastąpią dopiero wówczas, gdy umrą wszyscy pamiętający pierwsze dwa, trzy dziesięciolecia rokendrola, pamiętający dwudzieste stulecie.
Póki co jednak rzesze fanów z czułością pochylają się nad takimi nowymi-starymi publikacjami, nie dziwota więc, że i żyjący Beatlesi przy okazji 50. rocznicy wydania albumu The Beatles postanowili, zapewne wspierani wielkim kręgiem doradców, dosypać do pieca i wydać kilka rozszerzonych wersji tzw. Białego Albumu, w dodatku decydując się na nowe zmiksowanie kanonicznego materiału. Nagrania z tamtych sesji rozpiętych
między majem a październikiem 1968 roku
wyciekały od dawna, pojawiały się na przeróżnych bootlegach, chwała więc tym, którzy podjęli decyzję o starannym przygotowaniu rozszerzonej publikacji.
Sam mogę mówić tylko o tej trzypłytowej, tę bowiem mam od pewnego czasu w domu i podsłuchuję mniej lub bardziej uważnie. Nie powiem nic nowego: jestem zachwycony. Dla każdego fana czwórki z Liverpoolu takie wydawnictwo to wielkie święto, z radością nadstawia się ucha ku temu, co dobrze znane, a brzmi jakoś inaczej. Uzupełniając niejako naszą wiedzę o zespole i o jego dokonaniach.
Bo jeśli na przykład druga strona trzeciej płyty Led Zeppelin pozostanie już na zawsze pierwszym setem unplugged w dziejach rocka, jako że materiał ujrzał światło dzienne w 1970 roku, to zawartość trzeciej płyty w omawianym wydawnictwie musi zastanawiać.
Pierwsza myśl, jaka mnie dopadła, to ta, że McCartney, Lennon i Harrison całkiem nieźle radzą sobie z obsługą gitar.
Pierwsza myśl, jaka mnie dopadła, to ta, że McCartney, Lennon i Harrison całkiem nieźle radzą sobie z obsługą gitar.
Esher Demos
są jeszcze jednym dowodem na to, iż Beatles rozwinęli się w ciągu kilku lat pod każdym względem. Co prawda nie będąc nigdy wielkimi instrumentalistami, z raczkujących, prawie knajpianych klezmerów przeistoczyli się w bardzo przyzwoitych muzyków. Trudno zresztą wyobrazić sobie wielkich kompozytorów nieumiejących grać na tym czy innym instrumencie (choć na gruncie rockowym nie było to całkiem niemożliwe). Te akustyczne nagrania brzmią więc więcej niż przyzwoicie, ewidentnych potknięć na nich niewiele, mimo iż to przecież zaledwie brudnopis - „białopis”. Nie mam wątpliwości, że McCa i Starr nie zdecydowaliby się na oficjalne upublicznienie tych taśm, gdyby mieli zastrzeżenia do ówczesnego warsztatu swojego i nieżyjących kolegów.
Drugą przyjemnością z tych największych na dodatkowej płycie są te utwory, które nie weszły ostatecznie na oryginalne wydawnictwo, na czele z Child of Nature, czyli wcześniejszą wersją słynnego Lennonowskiego Jalous Guy.
Trzecia - i podstawowa - refleksja jest taka, że
zmiksowany na nowo materiał
dwóch kanonicznych płyt brzmi rewelacyjnie. Zabrano się za tę robotę po Bożemu (czego nie da się powiedzieć o producenckim koszmarku Love) i efekt jest imponujący. White Album konkuruje o miano najwybitniejszego dzieła czwórki z Liverpoolu z wcześniejszym o rok Sierżantem Pieprzem, ale mniejsza o tworzenie jakichś klasyfikacji. Dla mnie to fantastyczny zbiór przepięknych piosenek, kilku ostrzejszych numerów oraz szczypty psychodelii i eksperymentów brzmieniowych. Dowód na to, ze tych czterech ludzi, nawet będąc na wirażu, gdy mowa o wspólnej artystycznej przyszłości, wirażu, z którego nigdy już mieli nie wyjść na prostą, skalą talentu byli w stanie przebić wszelkie realizacyjne niedogodności związane z trudnościami w osiągnięciu porozumienia, z przebywaniem ze sobą razem, z obecnością w studiu kobiety – Yoko Ono – co też stanowiło wyłom. O trudnych kulisach mówią biografowie i biografie, natomiast wielkość The Beatles i The Beatles jest i, ufam, pozostanie kwestią bezsporną.
(The Beatles, The Beatles And Esher Demos, 2018)
