Płyta zawiera dziewięć piosenek stworzonych z wielkim rozmachem, skrzących się od pomysłów. Joel jest w znakomitej formie kompozytorskiej i wokalnej.

REKLAMA
*
Pamiętam, jak Piotr Kaczkowski prezentował w Minimaksie album 52nd Street. Pamiętam, że powiedział o nim sporo ciepłych słów, oraz to, że zaprezentowana muzyka bardzo mi się podobała. Nie miałem wtedy wolnej taśmy magnetofonowej, a nigdy potem jakoś się nie złożyło, bym wszedł w posiadanie jakiejkolwiek porcji nagrań tego amerykańskiego artysty. Aż do teraz, bo cena 14,99 zł była bardzo kusząca, a obawy związane z pytaniem, jak często krążek będzie lądował w domowym odtwarzaczu, rozwiało szybkie sprawdzenie zawartości w sklepowej maszynie.
Najkrótsza definicja stylu Billy’ego Joela to
„amerykański Elton John”.
Sięgnąłem do pierwszego wydania „Rock. Encyklopedii” Wiesława Weissa i… odnalazłem obu wykonawców tuż obok siebie. Osobliwy przypadek. EJ to rocznik 1947, BJ jest o dwa lata młodszy. Obaj kształceni muzycznie, pianiści obdarzeni wielkim talentem do wymyślania pięknych melodii i dużą kulturą muzyczną, bardzo wcześnie zaczynający przygodę z zawodowym graniem. Styl jednego i drugiego bliższy jest oczywiście popu i piosenki, ale wywodzi się on jeszcze z czasów, gdy dominowały żywe instrumenty, zaś składy tych czy innych zespołów towarzyszących niczym lub niewiele różniły się od kapel rockowych. Ten pop żyje więc i pulsuje – i nie ma nic wspólnego z miazgą plastikowych produkcji, które zaczęły coraz bardziej zalewać rynek pod koniec lat 70., akurat w tamtym czasie (1976-77), gdy ABBA została zdetronizowana na parkietach dyskotek przez Boney M.
I wtedy właśnie, w 1978 roku nb. w rok po śmierci króla Elvisa - Billy Joel, artysta o ustalonej już renomie i pozycji, nagrywa kto wie, czy nie najlepszy swój album: 52nd Street. Płyta zawiera dziewięć piosenek stworzonych z wielkim rozmachem, skrzących się od pomysłów, nagrana jest z towarzyszeniem bardzo wielu świetnych muzyków. Joel jest w znakomitej formie kompozytorskiej, wokalnej, szaleje momentami przy fortepianie jak Jerry Lee Lewis,
z lekkością i brawurą
żonglując tym wszystkim, co składa się na amerykańską muzykę. Mamy tu klimaty z okolic klasycznej piosenki (Honesty, Until The Night), jest energia w stylu zespołów takich jak Toto, Styx czy Kansas (Big Shot, Stiletto) są wyraźne ukłony w stronę mistrzów białych – Steely Dan – w My Life, i czarnych – wyraźne ślady fascynacji soulem (Half A Mile Away, 52nd Street), fragmenty afrokubańskie, a nawet jazzowe. W tej żonglerce i sięganiu do wszystkich szuflad dosłuchać można się i saksofonowego cytatu z ówczesnego superprzeboju Baker Street Gerry’ego Rafferty’ego w Until The Night.
Takie płyty, wymykające się zdefiniowanym stylistykom, zawsze były, są i będą dowodem wielkiej klasy i znakomitej formy tworzących je artystów. Będą wymykać się czasom, w których powstawały, obronną ręką wychodząc z konfrontacji z krążkami powstającymi w kolejnych dziesięcioleciach. A popowi przecież znacznie trudniej jest przetrwać niż dziełu rockowemu, jest on bardziej „narażony” na sięganie po aktualne zdobycze studyjne i aranżacyjne, a wiadomo, że nic tak szybko się nie starzeje, jak tzw. nowości. Ponadto: piosenka może być prosta jak la-la-la albo mieć trochę lub dużo bardziej skomplikowaną, szlachetniejszą fakturę. Tu mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem, zaś wielogatunkowy sos w połączeniu z dominującym rockowym instrumentarium znakomicie doprawia i konserwuje ten materiał.
(Billy Joel, 52nd Street, 1978)
Tekst linka