Niektórzy swoją śmiercią przypominają o sobie, o swoim dorobku, wychodzą – na chwilę? - z mroku. Marc Hollis zmarł w wieku sześćdziesięciu czterech lat, od dwóch dekad funkcjonując już właściwie poza muzycznym światem. Swoją obecność, głównie jako lider Talk Talk, zaznaczył przede wszystkim w latach 80.

REKLAMA
I nawet jeśli zlekceważyć wszystko inne, w sumie nie tak wiele, bo zaledwie kilka płyt z premierowymi nagraniami, nie sposób nie pochylić się nad jednym, trzecim w dyskografii grupy, albumem: The Colour of Spring.
Poznałem go dzięki audycji Tomasza Beksińskiego, chyba zaraz po ukazaniu się. Spodobał mi się od razu, ale świadomość, jak znakomity to materiał i jak znaczący, pojawiła się nieco później. Lata 80. uważam za najsłabsze w muzyce pop XX wieku, ale ten krążek zaliczyłbym do grona najlepszych w tamtym dziesięcioleciu, a także do najpiękniejszych w całej historii rocka. Marc Hollis wraz z Lee Harrisem i Paulem Webbem, a także plejadą gości ze Steve’em Winwoodem na czele, osiąga tu – nie mam wątpliwości – mistrzostwo, stając w jednym szeregu z innym, nieco starszym od siebie gigantem – Bryanem Ferrym. Bo elegancja, z jaką dobywa się na tej płycie dźwięków, precyzja i szlachetność każdej nuty, każdego pojedynczego dotknięcia instrumentu, wreszcie charakterystyczne vibrato – wszystko to kojarzy się nieodparcie z ostatnimi dokonaniami Roxy Music oraz tym, co BF robił (i robi do dzisiaj) jako solista, z albumami Avalon oraz Boys And Girls.
Tak jak do historii przechodzi się za sprawą jednego obrazu albo jednej powieści, tak Marc Hollis i jego zespół mają miejsce w historii rocka zapewnione dzięki krążkowi z 1986 roku. Ale przecież dwa lata później, w 1988 roku, ukazał się Spirit of Eden. Jeśli Hollis może jawić się poetą i malarzem wśród muzyków, na tym albumie staje się już wyjątkowo delikatny i neurotyczny, oszczędnie kreśląc ramy kolejnych utworów. Znów osiąga mistrzostwo, choć minimalizm zastosowanych środków skazuje płytę na komercyjną porażkę. Muzyka, definiowana przez krytyków jako post rock, nawiązuje do art rocka poprzednich dekad, muzyki klasycznej i jazzu. Z otwartej w studiu nagraniowym formuły Hollis dosłownie klei wraz z producentem płytę, a materiału na niej zawartego nie odważa się przenieść na scenę – zespół przestaje koncertować.
Po nagraniu jeszcze jednej płyty Talk Talk przestaje istnieć. Znika ze świadomości przeciętnego słuchacza, pozostawiając jednakże grono zagorzałych wyznawców. Staje się też inspiracją dla wielu wykonawców tworzących w latach 90., na przykład dla Radiohead. Słuchając tej muzyki dziś aż trudno w wielu momentach uwierzyć, że powstała ponad trzydzieści lat temu.
(Talk Talk, The Colour of Spring, 1986, Spirit of Eden, 1988)