
Gdybym umiał grać, chciałbym to robić jak Dave Matthews – z takimi wybornymi muzykami, z takim rockowym dynamitem, z taką finezją odchodzić od głównych muzycznych tematów i potem do nich wracać.
REKLAMA
*
W ciągu stu dni mamy z żoną nadzieję zobaczyć na żywo trzech nieoglądanych dotąd w akcji wykonawców. Przed nami John Fogerty i Neil Young, natomiast wczoraj wzięliśmy udział w muzycznej uczcie zgotowanej przez Dave'a Matthewsa i sześciu jego kumpli. Przed niespełna czterema laty przerosła nas logistyka związana z poukładaniem wyjazdu z Katowic do Ergo Areny w trudnej sytuacji rodzinnej. Opatrzność przynajmniej w ten sposób czuwała nad nami, bo - jak się miało okazać - nie dane by nam było wziąć udziału w tamtym koncercie. Teraz było prościej, a bilety zostały zakupione jeszcze w październiku.
W ciągu stu dni mamy z żoną nadzieję zobaczyć na żywo trzech nieoglądanych dotąd w akcji wykonawców. Przed nami John Fogerty i Neil Young, natomiast wczoraj wzięliśmy udział w muzycznej uczcie zgotowanej przez Dave'a Matthewsa i sześciu jego kumpli. Przed niespełna czterema laty przerosła nas logistyka związana z poukładaniem wyjazdu z Katowic do Ergo Areny w trudnej sytuacji rodzinnej. Opatrzność przynajmniej w ten sposób czuwała nad nami, bo - jak się miało okazać - nie dane by nam było wziąć udziału w tamtym koncercie. Teraz było prościej, a bilety zostały zakupione jeszcze w październiku.
Jeśli ktoś twierdzi, że
wszystkie piękne melodie
zostały dawno wymyślone i nic w tej kwestii nie da się już zwojować, ten najwyraźniej nie zna dorobku Dave Matthews Band. Lekkość i łatwość, z jaką nuty wydostają się spod palców i z gardła lidera zespołu, jest porażająca. Kojarzy mi się to nieodparcie z klasyką gatunku, czyli dokonaniami The Beatles, zaś pokręcona i wielokrotnie nieraz zapętlona faktura poszczególnych kawałków - z Jethro Tull. Z tą różnicą, że DMB są – z jednej strony – bliżej mainstreamu, a z drugiej – całymi garściami czerpią z tradycji amerykańskiej. Ich patchworki uszyte są z rocka, jazzu, bluesa, funka, reggae, rytmów afrokubańskich i czego tam jeszcze. Imponująca jest swoboda poruszania się i przemieszczania między tymi gatunkami – taka lekkość dostępna jest tylko znakomitym instrumentalistom i utalentowanym kompozytorom.
Cokolwiek myślimy o płytach studyjnych zespołu oraz o rejestracjach ich występów na żywo, rzadziej lub częściej kręcimy nosem w poczuciu niedosytu – uczestnictwo w jego koncercie przenosi nas w wyjątkowe rewiry. Niesamowite jest to, że tych siedmiu panów (klawisze – które zmieniły ostatnim czasem skrzypce, gitara, bębny, wokal plus gitara akustyczna, gitara basowa, trąbka i saksofony) właściwie cały czas gna, ile fura dała koni pod maską, raz po raz dźwięcząc na najwyższym C – i robi to fantastycznie. W klasycznym mocnym rockowym graniu taki efekt uzyskuje się raczej tylko podczas ekstatycznych, niekończących się finałów kawałków o hymnowatym charakterze, tymczasem DMB uczynił z tego
podstawowy składnik muzycznego dania.
Ponadto: punkt wyjścia w postaci wspomnianego mainstreamu sprawia, że to granie wyrywa się z ram czasowych, dat opatrujących kolejne wydawnictwa: utwory z pierwszych i ostatnich płyt brzmią tak samo świeżo i mocno. Trudno dziwić się więc, że Matthews żongluje nimi, powodując, iż nie ma dwóch tak samo zestawionych setlist. Z kolei poziom wykonawczy, niedostępny większości konkurencji, powoduje, iż wycieczki w inne rejony stylistyczne odbywają się w sposób naturalny, są oczywistym i regularnie stosowanym zabiegiem.
Powtórzę, co już kiedyś napisałem: gdybym umiał grać, chciałbym to robić jak Dave Matthews – z takimi wybornymi muzykami, z takim rockowym dynamitem, z taką finezją odchodzić od głównych muzycznych tematów w poszczególnych numerach i potem do nich wracać, a czasem – w swej kompozytorskiej rozrzutności – porzucać je.
Los był dla mnie łaskawy. Dane mi było oglądać występy bardzo wielu ukochanych i lubianych artystów. Wczorajszy koncert znajdzie się jednak w szczególnej, wybranej grupie. DMB dotarli do moich uszu w latach 90., a więc gdy – mniej lub bardziej świadomie – miałem już za sobą niemal trzy dekady konsumowania nut i dość szczelnie wypełnioną muzyczną mapę. Wykonawcom jest znacznie trudniej niż do młodszych od siebie dotrzeć do tych, którzy urodzili się przed nimi. Trudniej do nich dotrzeć, nie mówiąc o wymoszczeniu sobie miejsca w sercach pozajmowanych już przez wykonawców z lat 60. czy 70. Piszę te słowa na gorąco, ale jestem przekonany, że tu nic się nie zmieni, bo koncert tylko przypieczętował wrażenia towarzyszące przy słuchaniu płyt grupy – siła moich wczorajszych wrażeń porównywalna jest z tym, co czułem w trakcie i po występie Pearl Jam w Spodku w 2000 roku. (Zważywszy że powoli wypełnia mi się szósty krzyżyk, ciężko będzie o jakieś kolejne tego typu doznania – i nie zapominam tutaj o tym, co napisałem o Queens of The Stone Age, a uchyloną furtkę zostawiam chyba tylko dla Arctic Monkeys).
Ten
Ten
numer, od którego wszystko się zaczęło,
wczoraj zabrzmiał pod koniec części głównej. Don’t Drink The Water, monumentalny, który pewnie umieściłbym w setce wszech czasów i dziesiątce ostatniej dekady XX wieku, zabrzmiał wczoraj niemal metalowo, ale… zbyt krótko, jakby nie wykraczając poza ramy zakreślone studyjną wersją. Cóż, szkoda, ale nie ma to większego znaczenia, skoro i tak byłem wbijany w fotel mocno i wielokrotnie.
Wciąż nie mogę się nadziwić, jak to możliwe, że tak fantastyczna kapela, która za oceanem jest dziś ikoniczną, wypełnia Torwar tylko w jakimś procencie, a nie szczelnie. Bo przecież DMB na żywo to znakomite lekcje muzyki dla wszelkiej maści grajków, ale też redaktorów itp. Starczy jednak tego zgredowania, kto nie był – i tak nie uwierzy.
A czad był nieprawdopodobny, do pieca dosypywano bezustannie – i to
wyłącznie naturalne składniki.
wyłącznie naturalne składniki.
Lider zachwycał wokalnie, dając radę od pierwszej do ostatniej minuty, a dociskał przecież raz po raz, częstokroć wspomagany przez trójkę czarnoskórych partnerów. Muzycznie, jak już napisałem, palce lizać. Poziom dopieszczenia na widowni był chyba całkowity, bo wszystko, z dwoma kawałkami na bis, trwało dwie godziny i czterdzieści minut. Poza własnymi utworami, band zachwycił też coverami. Zawrócił bieg rzeki w Gabrielowskim Sledgehammer, który przed laty poraził poziomem elektroniki i komputerowego zrytmizowania, natomiast Amerykanie rozpisali całość na instrumenty – z popisową partią basu, której nie powstydziłby się Tony Levin. Zagrali też Fly Like An Eagle z repertuaru Steve Miller Band. Po potężnym Ants Marching jako ostatnią pozycją części zasadniczej i lirycznym Space Between jako pierwszym bisem, na koniec zabrzmiał, zupełnie już nokautująco, Dylanowski All Along The Watchtower z bezszelestnie wklejonym fragmentem Stairway to Heaven LZ.
W wywiadzie dla „Teraz Rocka” Matthews powiedział: „W Warszawie zobaczycie, że jest rewelacyjnie. Oszalejecie ze szczęścia!”. Nie przesadził ani trochę.
