
Dżem to zespół mojego życia – tak sobie wczoraj pomyślałem, kolejny raz upijając się tym, co działo się na scenie w trakcie występu.
REKLAMA
Pierwszy singiel grupy wylądował na talerzu „Daniela” bodaj latem 1981 roku, gdy miałem dziewiętnaście lat. Byłem dumny: ukazała się płyta kapeli z Tychów - miasta, w którym spędziłem swoje pierwsze prawie piętnaście wiosen. A potem niezliczoną ilość razy oglądałem formację w akcji, przede wszystkim w katowickim Spodku, w którego sąsiedztwie mieszkam od 1984 roku.
Na własne oczy i uszy
widziałem i słyszałem, jak Dżem rośnie w siłę, jak szybko dojrzewa, jak coraz wyżej szybują możliwości techniczne muzyków, jak powstają coraz lepsze kompozycje. Obejrzeliśmy z żoną sporo ich ówczesnych urodzinowych występów, co roku byliśmy uczestnikami kolejnych edycji Rawa Blues Festival. Jeszcze za pierwszym spodkowym razem grali jako trzeci od końca, przed Nalepą i Dudkiem, ale potem już przez wiele lat byli tej imprezy największą gwiazdą.
Pamiętam koszmarny dla fanów dzień, w którym pękło niebo, a w RMF-ie grali jeden kawałek zespołu za drugim, w ten sposób czcząc pamięć zmarłego frontmana. Pamiętam bielski koncert plenerowy pod szpitalem, pierwszy wysłuchany całą rodziną, z małymi synami bliźniakami, gdy zobaczyliśmy w akcji Jacka Dewódzkiego. Przypominam sobie, z jaką radością przeczytałem wiadomość o tym, że nowym wokalistą został Maciej Balcar. Pamiętam, jak ze ściśniętym gardłem pisałem zimowego esemesa do wczasującej reszty rodziny, informując o tragicznym w skutkach wypadku zespołu. Pamiętam fenomenalny koncert w Zabrzu poświęcony pamięci Pawła Bergera oraz Paprocany i pierwszy koncert z Januszem Borzuckim, zaczynający się od W drodze do nieba. Byłem świadkiem supportowania Rolling Stones na Stadionie Śląskim i Lynyrd Skynyrd na Torwarze, wspominam trzydziestolecie w Spodku i nieusprawiedliwioną nieobecność – bo cóż znaczy zaplanowany długo wcześniej zagraniczny wyjazd? - pięć lat później na Polach Marsowych. Żadnej innej kapeli nie widziałem tyle razy na żywo, a niewiele jest takich, których historię śledziłem równie uważnie.
Emocje
poprzedzające wczorajszy koncert do największych nie należały. Z paru powodów – dopiero co obejrzanego fantastycznego występu Dave Matthews Band, ale, przede wszystkim, merytorycznych. Lata bowiem uciekają, Balcar jest członkiem Dżemu od 2001 roku i w tym czasie zespół zarejestrował zaledwie dwie płyty z premierowym materiałem, staż Borzuckiego jest o cztery lata krótszy, a klawiszowiec ma tylko jeden taki album na koncie. Bardzo tego mało, za mało – patrząc na przykład na Wojciecha Waglewskiego czy starszych od Dżemów anglosaskich tuzów rocka ze Stonesami i Vanem Morrisonem na czele.
Przywoływanie w tym miejscu największych gwiazd pop music nie jest żadną nonszalancją ani szarżą. Jan Chojnacki, wielokrotnie prowadzący konferansjerkę występów śląskiej grupy, także tego wczorajszego, dawno temu powiedział, że Dżem jest jedyną tego typu kapelą w Europie. Sądzę, że choć rodzimi wykonawcy brzmią coraz lepiej, ten sekstet jako jeden z bardzo nielicznych prezentuje światowy poziom. Od dawna już i – co potwierdził wczoraj – nadal. Widząc panów w takiej formie trudno trochę się nie złościć i nie czuć żalu, że nijak nie przekłada to się na wydawnictwo, choćby tylko jedno, z nowymi utworami. Trudno uwierzyć, że kapela z takim potencjałem nie jest w stanie w ciągu dziewięciu lat, a tyle mija od wydania Muzy, przygotować ośmiu – dziesięciu nowych numerów. Niespodzianki nie było: Beno Otręba z kolegami nie przygotowali nawet jednej premierowej piosenki, a szkoda, bo taki bonus przydałby całości pieprzu.
Na koniec utyskiwania podzielę się jeszcze jedną, tym razem bardzo osobistą refleksją. Dżem uparcie nie gra na koncertach pewnej grupy utworów, rezygnując z kilku najznakomitszych kompozycji w całym swym dorobku. Myślę o Bym zobaczyć mógł i Jednym zwyczajnym dniu (bo prawie nic nie gra z albumów z Dewódzkim jako wokalistą) - perłach, które kończą krążek Pod wiatr, niczym Cała w trawie i Obłuda z wcześniejszego Autsajdera), a także o dwóch allmanowskich wspaniałościach z 2004: Nieproszonym i – cudem na cuda – Dniu świstaka (nb. obu napisanych przez Bergera).
Dość dziegciu, pora otworzyć beczkę miodu. Jubileuszowy koncert podzielono na dwie części, ale muzyki w sumie były
cztery godziny
– imponująca setlista obejmuje dwadzieścia siedem pozycji. Zadbano o to, by repertuar występu - który z pewnością ukaże się na okolicznościowym wydawnictwie - różnił się od tego sprzed pięciu i dziesięciu lat. Świetnym pomysłem było zaproszenie tych muzyków, którzy kiedyś grali w kapeli. Już w drugim numerze, Malej alei róż, pojawili się Andrzej Urny na gitarze i schorowany Michał Giercuszkiewicz na tamburynie. Sensacją była obecność – czy nie pierwszy raz podczas koncertu Dżemu? - Krzysztofa Przybyłowicza (perkusisty String Connection, dziś profesora poznańskiej AM), który okazał się strażakiem – wybawicielem podczas nagrywania Zemsty nietoperzy, a wczorajszego wieczoru zabębnił w doskonałym, funkującym Mamy forsę, mamy czas oraz Koszmarnej nocy. W tej ostatniej ponadto zaśpiewał i zagrał na gitarze Sebastian Riedel. W Naiwnych pytaniach przed mikrofonem stanął Dewódzki, a za perkusją zasiadł Marek Kapłon, który pozostał też na scenie przy pierwszym z pięciu zagranych wczoraj rokendrolowych kawałków, Nieudanym skoku. Z kolei w Jak malowany ptak i Kim jestem – jestem sobie bębny obsłużył mistrz Jerzy Piotrowski. W kończącym pierwszą, półtoragodzinną odsłonę Autsajderze na cyi, czyli harmonii, zagrał Partyzant.
Po trochę ponad trzydziestu minutach przerwy pociąg ruszył dalej – Dniem, w którym pękło niebo. Świetnie zabrzmiały Najemnik I i ciągle chyba niedoceniany, przebojowy Nie patrz tak na mnie. Najbardziej wzruszyłem się przy Balladzie o dziwnym malarzu, w której, jak to często miało miejsce w pierwszej połowie lat 80., doszło do gitarowego dialogu, im bliżej końca, tym bardziej allmanowskiego. Wielkie wrażenie wciąż robi najbardziej stonesowski numer Dżemu - Poznałem go po czarnym kapeluszu. Część główną zakończył Sen o Victorii.
Bisy były trzy. Najpierw pojawił się na scenie Jerzy Styczyński, tworząc krótkie gitarowe intro do Cegły, z cytatem z Oh Well Fleetwood Mac. Potem był
Wehikuł czasu, długie ukłony, tort
i sam koniec znany od lat: Whisky – z jeszcze dłuższym i jeszcze bardziej niekończącym się niż zazwyczaj finałem.
Forma zespołu jest ciągle znakomita. To takie oczywiste – i zachwycające. Perfekcja każdego z panów stanowi o niesłabnącej sile zespołu. Imponują basowy napęd Bena Otręby, smaczne solówki Janusza Borzuckiego i zapierająca dech gra Styczyńskiego. Imponuje niezmiennie Maciej Balcar, strzał w dziesiątkę sprzed osiemnastu lat: frontman obdarzony świetną barwą i dykcją, mocnym głosem, jednocześnie pokornie i ze świadomością swej klasy, skutecznie stawiający czoła legendzie Ryszarda Riedla. Zżymam się, zresztą nie ja jeden, na brak nowych nagrań, ale siła koncertowa formacji jest wciąż tak olbrzymia, gra tak stylowa, finezyjna, zawodowa i z błyskiem bluesrockowego geniuszu, że patrząc na scenę, słuchając tej muzyki ma się pewność, że w tym gatunku Dżem osiągnął mistrzostwo. Nie krajowe, ale światowe.
Panowie, na koniec proszę Was w imieniu własnym i pewnie wielu tysięcy fanów: gdy już przejedziecie jubileuszową trasę, gdy odwiedzicie te wszystkie Warszawy, Nowe Jorki i Chicaga, nagrajcie nową płytę. Zróbcie sobie przyjemność, a nam dostarczcie nowej porcji radości.
(Dżem, 40 Urodziny, Spodek, Katowice, 30 marca)
Setlista;
Tekst linka
Tekst linka
