
Z bisem ponad dwie godziny grania. Forma lidera na koniec wiosennego tournée, obejmującego pięćdziesiąt występów, bez zarzutu. Całego ośmioosobowego bandu – bas, klawisze, bębny, saksofon, trąbka i dwie panie w chórkach – również. Właściwie wszystko się zgadzało, bo koncert był po prostu bardzo dobry. Ale magii nie poczułem.
REKLAMA
Mimo tak bliskich memu sercu i uszom nut, wielokrotnie pozostawałem
trochę obok
tego, co działo się na scenie. Dlaczego?
Nigdy dotąd nie widziałem Bonamassy w akcji z gitarami elektrycznymi, w 2012 roku w Zabrzu grał akustycznie. Spodziewałem się raczej czegoś w stylu Claptona, tego od Slowhand począwszy, tymczasem znacznie bliżej było Cream (nb. z coverem SWLABR w setliście). Ale chyba mniej finezyjnie, mniej stylowo, mimo wszystko mniej swingująco. Decybele zaatakowały nas od pierwszej sekundy, a chyba nie do końca o to chodzi w graniu, które najbliższe jest bluesowi.
Znamienne, że wśród widzów o rówieśników JB, a co dopiero o ludzi od niego młodszych, nie było łatwo. Publiczność amerykańskiego wirtuoza gitary rekrutuje się głównie spośród miłośników grania z lat 60., przede wszystkim
białego i brytyjskiego.
A jednak brak pełnego ukontentowania występem przypomniał mi, brutalnie, o innym koncercie. Bonamassa bije na głowę – niech Najwyższy wybaczy mi nie po raz pierwszy pastwienie się nad nieżyjącym – Gary’ego Moore’a, który przed laty zajechał w tym samym miejscu muzykę bluesową bezprzykładnie, jak łysą kobyłę. Gdy w trzecim numerze odwalił solówę, wszystkich wprawił w zachwyt. Gdy jednak napieprzał tak do samego końca, w ogóle nie dając pograć dwuosobowej sekcji, cyrkowymi popisami obu rąk zmęczył i znudził chyba nie tylko mnie, stawiając przed oczy kwestię szczerości albo tylko koniunkturalizmu swojego bluesowego nawrócenia.
Bonamassa nie ma takich problemów, raz po raz ustępuje pola swoim kolegom, zwłaszcza znakomitemu basiście Michaelowi Rhodesowi czy mającemu w CV współpracę ze Steviem Rayem Vaughanem klawiszowcowi Reese Wynansowi. Wszakże mistrzostwo we władaniu instrumentem nie do końca przekłada się na dopieszczanie szczegółów kolejnych numerów, przy tym skłonność do łojenia Joe B. ma, na moje ucho, nadmierną.
Czepiam się, wiem. Lecz tylko dlatego, że poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko, że bardzo wiele wskazuje na to, iż Bonamassa za parędziesiąt lat wymieniany będzie nie jako epigon i naśladowca, ale kontynuator
najlepszych tradycji bluesowych.
Właściwie dzieje się tak od początku jego kariery, jednak zupełnie niedzisiejsza aktywność gitarzysty i wokalisty, mająca swe odbicie w częstotliwości płytowych publikacji i, być może, uniemożliwiająca odsianie utworów „tylko” niezłych, nie ułatwia odbioru jego dzieła ani krytykom, ani – co istotniejsze – fanom. Podobnie jak Black Country Communion sporo brakuje do kanonicznych kapel tego gatunku, tak Joe B. wciąż nie ma w garści wszystkich argumentów, by móc okrzyknąć go mistrzem.
Jednakże pięknych bezdyskusyjnie chwil wczoraj nie brakowało. Ilekroć suwak na osi rock – blues przesuwał się w stronę tego drugiego, tempo nieco spowalniało, w graniu pojawiało się znacznie
więcej smaku i wyrafinowania,
cyzelowano każdą nutę, dopieszczając zmysł słuchu publiczności. Jak na przykład w How Deep This River Runs, w absolutnej perle Self Inflicted Wounds czy porywającym finale - Mountain Time. Takie i tak wykonane utwory niezbicie dowodzą możliwości Bonamassy. Więc koncert, w którym otworzy on przed nami (a może raczej powinienem mówić we własnym tylko imieniu?) bramy szczęścia, jest jak najbardziej możliwy. I to wcale nie za wiele, wiele lat, lecz niebawem. Jak bardzo blisko do tego miejsca, może świadczyć fakt, iż część bardzo pełnoletniej publiczności, dobrze rozgrzana, ruszyła w pewnym momencie z miejsc pod scenę – i spędziła tam resztę koncertu, dobrą godzinę. A może to byli ci, co tę bramę już przekroczyli?
(Joe Bonamassa, Katowice, Spodek, 22 maja)
