O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Polskie otwarcie kredensu

Stare przeboje Creedence Clearwater Revival zyskały na dynamice, zagrane na instrumentach i sprzęcie nagłośnieniowym dostępnym w 2019 roku. Ale z jedną ze swoich gitar Fogerty nie rozstaje się nigdy, grał na niej podczas festiwalu w Woodstock w 1969 roku, grał i w sobotni wieczór, nazywając ją swoim drzewem chrystusowym.



*
John Fogerty to nie Bob Dylan, Van Morrison czy Neil Young. Choć ciągle koncertuje, jego pięć minut to przełom lat 60. i 70. oraz zespół prowadzony wraz z bratem Tomem: Creedence Clearwater Revival.

Kridens-Kredens-Riva,

jak mówili moi bracia, Kredensy, jak mówili inni. Mało kto władał wtedy na tyle angielskim, by móc poprawnie wymówić i zapisać nazwę zespołu. Muzyka była bezpretensjonalna, prosta do bólu, wprost nawiązująca do początków rokendrola, czyli lat 50., aczkolwiek na miarę swoich czasów doprawiona nutami country czy bluegrassu i nieodzowną pod koniec lat 60. szczyptą psychodelii. Mija pół wieku i to granie, właśnie dzięki swej prostocie, ani trochę się nie zestarzało. Ba! - wraz z powrotem do łask starych brzmień – dziś jest na wskroś żywe i aktualne.


Fogerty jest jednym z tych amerykańskich wykonawców, którzy słabo są rozpoznawalni w Polsce. Jego solowy dorobek z rzadka docierał do radiowych anten i ze świecą szukać tego, kto byłby w stanie wymienić kilka jego utworów, o tytułach płyt nie wspominając. Więc jeśli zdecydowaliśmy się z żoną na drugą wyprawę ze Śląska do Doliny Charlotty, położonej między Słupskiem i Ustką, to tylko przez pamięć i sentyment dla kawałków CCR i przekonanie, że wciąż czynny artysta da co najmniej przyzwoity występ.


I rzeczywiście tak było. Siedemdziesięcioczteroletni pan był na scenie

prawdziwym liderem.

Nadal jest dobrym wokalistą (wpadka z zapomnieniem fragmentu tekstu może zdarzyć się każdemu), natomiast bardzo pozytywnie zaskoczył jako gitarzysta. Grał więcej niż poprawnie, pełniąc przy tym rolę gitarzysty solowego.

Stare przeboje zyskały na dynamice, zagrane na instrumentach i sprzęcie nagłośnieniowym dostępnym w 2019 roku. Ale z jedną ze swoich gitar JF nie rozstaje się nigdy, grał na niej w niezbyt udanym dla CCR secie podczas festiwalu w Woodstock w 1969 roku, grał i w sobotni wieczór, nazywając ją swoich


drzewem chrystusowym.

Zespół w porywach liczył trzynaście osób, z dęciakami i damskim chórkiem. Oraz dwoma synami, jednym na drugiej gitarze, drugim śpiewającym w paru piosenkach. Klasyki CCR zabrzmiały świetnie, wszyscy na nie czekaliśmy i sposób ich wykonania chyba nikogo nie zawiódł. Wątpliwości budzić natomiast mogły budzić covery, zagrane jakby w hołdzie słynnemu festiwalowi i całemu ówczesnemu społecznemu i narkotyczno-psychodelicznemu fermentowi. With a Little Help From My Friends w Cockerowej wersji, My Generation The Who, The Star-Spangled Banner na obraz i śladowe tylko podobieństwo Hendriksa, a zwłaszcza Give Peace a Chance Lennona chyba nie tylko we mnie zapaliły żółte światło. W tym zestawie najlepiej jeszcze zabrzmiało bezpretensjonalne wykonanie Rockin’ All Over The World, tyle że jest to… bodaj największy przebój autorstwa Fogerty’ego po 1972 roku, choć w Polsce kojarzony raczej ze Status Quo. Osobiście bardzo żałuję: mogliśmy właśnie raczej otrzymać porcję piosenek z czasów kariery solowej, nawet jeśli znanych słabo lub wcale, zamiast laurki złożonej z nazbyt

oczywistych klasyków,

do których nie wniesiono nic nowego, Ale to Fogerty był na scenie, nie ja – i to on dokonał takiego wyboru.

*
To było bardzo solidne otwarcie kolejnego sezonu Festiwalu Legend Rocka. Koncert zawodowy, ale z pewnością nie magiczny. Opuszczałem amfiteatr zadowolony, kolejny raz przekonany o tym, że zwykle kilka lat świetnego grania znaczy więcej niż kilka dekad takiego sobie. Tym bardziej, że kondycji niemłodemu już artyście można pozazdrościć. A na ociekające lukrem amerykańskie zakończenie, z dymami, ogniami, konfetti i serpentynami, też nie każdy może sobie pozwolić.

(John Fogerty, Festiwal Legend Rocka, Dolina Charlotty, 29 czerwca)

Setlista:
Tekst linka

Tekst linka