O autorze
Mariusz Grygierczyk - tekst

Codzienne, namiętne słuchanie muzyki jest jak pełna uporu, lecz pozbawiona jakiejkolwiek nadziei chęć wypicia oceanu łyżką.

Wcześniejsze teksty znajdą Państwo pod adresem www.blognroll.blox.pl

Maciej Trzepałka - rysunki

Rysuję - dla prasy, ilustracje tekstów (zdarzają się książki, wiele z nich dla dzieci), żarty, historyjki, felietony obrazkowe i krótkie komiksy. Biorę udział w konkursach i, bywa, dostaję nagrody i wyróżnienia. Lubię humor abstrakcyjny, stronię od polityki, a bohaterami moich rysunków często są zwierzęta. Galeria rysunków

Młody, młodszy, The YOUNGest

Od pierwszych dźwięków poczułem to coś, że wreszcie spełnia się wielkie marzenie, mistrz stoi na scenie, ze dwadzieścia metrów przede mną, i że nie będzie żadnych pirotechnicznych pierdół, czarowania obrazkami – liczy się tylko rokendrol.



*
Obejrzenie dwóch koncertów w ciągu trzech dni nieuchronnie zestawia je ze sobą - od porównań nie sposób uciec. W tych konkretnych przypadkach dochodzi jeszcze jeden istotny element:

zderzenie legendy z rzeczywistością.

Znalazłoby się oczywiście paru artystów, którzy nie ustąpiliby tak łatwo pola Neilowi Youngowi, ale nie należy do nich John Fogerty. Mimo iż wiele ich łączy – urodzeni w 1945 roku, ruszyli na podbój świata w latach 60., obaj należą do pokolenia Woodstocku - niegdysiejszy lider Creedence Clearwater Revival porównania z Mlodym w żaden sposób nie wytrzymuje. Choć materiał muzyczny, ten najsłynniejszy, opiera się czasowi, sposób podania całości był niestety cokolwiek konfekcyjny i nosił ślady amerykańskiego blichtru. Fogerty to dziś wciąż zawodowa, ale tylko pocztówka muzyczna z coraz bardziej odległej przeszłości.


Young natomiast to coś zupełnie innego. Trochę obawiałem się jego występu, a to dlatego, że bardzo i długie lata na niego czekałem, wciąż nasłuchując, czy przypadkiem artysta nie zamierza przekroczyć granicy na Odrze i Nysie. Kanadyjsko-amerykański muzyk chyba jednak nigdy nie dotrze do Polski, chcąc więc zrealizować jedno ze swoich ostatnich największych muzycznych marzeń, musiałem wybrać się do Drezna. I był to, jak się okazało, strzał w dziesiątkę.


Kiedy przed laty umierał mój ojciec, do siedemdziesiątych czwartych urodzin brakowało mu dwóch miesięcy. Od dawna więc spoglądam ze wzruszeniem w metryki swoich

największych rockowych idoli,

którzy do tej granicy się zbliżają lub już ją przekroczyli, a wciąż są aktywni, wciąż nagrywają świetne płyty i dają znakomite koncerty.

Neil Young przestał być w moim poznawaniu muzyki hasłem, a stał się nazwiskiem późno, bo dopiero w 1989 roku, wraz z wydaniem fantastycznego albumu Freedom. Kilka lat później zachwycałem się jego koncertem Unplugged, którego fragmenty kilkakrotnie prezentowała publiczna telewizja. Od tamtej pory mościł sobie miejsce w sercu, powoli przesuwając się w osobistym rankingu do grupy artystów największych i szczególnie ulubionych. We wtorek stałem w kilkutysięcznym tłumie ludzi, przy scenie usytuowanej tuż nad Łabą, mając w tle odradzające się ciągle jeszcze ze zniszczeń wojennych imponujące zabytki Drezna, i cieszyłem się, że ten osobisty „Youngowy” pierwszy raz przeżywam właśnie tu, a nie w Polsce. Mam przekonanie graniczące z pewnością, iż Niemcy znają NY o wiele lepiej niż my, żywo reagując na kolejne utwory i potrafiąc fragmenty wielu spośród nich zaśpiewać razem z sześcioosobowym, wymiatającym rockowym składem.
Tekst linka


*
Od pierwszych dźwięków poczułem to coś, ciary na plecach pomieszane ze wzruszeniem, że oto wreszcie spełnia się, że mistrz stoi na scenie, ze dwadzieścia metrów przede mną, że nie będzie żadnych pirotechnicznych pierdół, czarowania obrazkami –

liczy się tylko rokendrol,

a jeśli ktoś chce czegoś jeszcze, to pomylił adres. I ten ucisk w gardle nie opuścił mnie aż do końca. NY wciąż jest w znakomitej formie, czas zdaje się go nie ruszać, niby kolor włosów już nie ten sam co kiedyś, ale długość wciąż tak, nieodzowny kapelusz, kraciasta koszula nałożona na tiszert, charakterystyczne pochylenie sylwetki nad instrumentem i wędrowanie po scenie, zero gwiazdorzenia, uśmiech, radość grania, luz, zestaw kilku gitar, harmonijka ustna, mocny wokal i rewelacyjne, dobrze znane sześciostrunowe brudy – w efekcie: bezkompromisowe łojenie. Jak muzyka wspaniale konserwuje!

Zaczęło się od mocnego Mansion on the Hill i tak było przez pierwszych pięć numerów. Potem zrobiło się liryczniej, tu i ówdzie akustycznie, country’owo: Bad Fog of Loneliness, poprzez Needle and the Damage Done, Comes a Time, aż do Winterlong. A potem zostaliśmy zmiażdżeni grunge’owym walcem, rewelacyjnym Fucking Up, nie zabrakło też – czy muszę pisać, że znakomicie zagranego? - Rockin’ On The Free World i stonesowo-punkowego Piece of Crap na zakończenie. Na bis dostaliśmy długą, psychodeliczną wersję Like a Hurricane i to był, po dwóch godzinach i dwudziestu minutach, ostateczny koniec uczty.
Tekst linka

Nie lubię zaprzęgać sportowych terminów do muzyki, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że widziałem

jeden z dziesięciu

najważniejszych, najlepszych koncertów w swoim życiu. Ciągle Młody stary mistrz, wspaniale reagująca publiczność, idealna pogoda, Łaba tuż za sceną, a na drugim jej brzegu piękniejące stare miasto stolicy Saksonii i zapadające ciemności miłosiernie kryjące dźwigi, rusztowania oraz ogrodzenia jednej wielkiej renowacji historycznego Drezna. Wracałem szczęśliwy do wynajętego tuż obok Zwingeru mieszkania. Szczęśliwy tym bardziej, że żonie także bardzo się podobało.

(Neil Young, Elbufer, Drezno, 2 lipca)

Setlista:
https://www.setlist.fm/setlist/neil-young-promise-of-the-real/2019/filmnachte-gelande-am-elbufer-dresden-germany-53915f2d.html

Tekst linka