Odkąd „Rialto” stało się miejscem, w którym można nie tylko obejrzeć film, miałem tam okazję wysłuchać kilkudziesięciu, a może już ponad stu koncertów. Do wyjątkowych, przeżytych ze szczególną mocą, zaliczyłbym występy Charlesa Bradleya i SBB, Heya, Lecha Janerki i Voo Voo, Johna Scofielda i Marcina Wasilewskiego Trio, a od wczoraj do tej listy dopisuję set tria RGG.

REKLAMA
Nie spodziewałem się aż takich wrażeń, tym przyjemniejsze było konstatowanie w trakcie i teraz, w kilkanaście godzin po, że doświadczyłem czegoś wyjątkowego. A przecież RGG widziałem już w akcji. Kiedyś szczególnie upodobałem sobie w europejskim jazzie trzyosobowe składy, tę oszczędność w dozowaniu dźwięków, muzyczne hygge albo lagom: propozycje E.S.T., Tord Gustavsen Trio, a bliżej naszych granic Możdżera, Danielssona i Fresco oraz Simple Acoustic Trio, czyli obecnie Marcin Wasilewski Trio. RGG musiało więc znaleźć się w tym towarzystwie, choć – dotąd – nie darzyłem zespołu jakąś wyjątkową atencją. Do wczoraj.
*
Płyta Unfinished Story – Remembering Kosz powstała
dwanaście lat temu,
jako wyraz fascynacji muzyką tworzoną przed paroma dziesiątkami lat przez zupełnie zapomnianego, przedwcześnie zmarłego Mieczysława Kosza (1944-73), niewidomego pianisty. Nagrana przez trio, którego nazwę tworzyły wtedy pierwsze litery nazwisk jego członków; Raminiak – Garbowski – Gradziuk, z pewnością sprawiła, iż o Koszu niektórzy sobie przypomnieli, a inni usłyszeli po raz pierwszy. Dopiero jednak teraz, za sprawą filmu Macieja Pieprzycy, o artyście zrobiło się głośniej, a RGG - już w składzie Łukasz Ojdana (p), Maciej Garbowski (b) i Krzysztof Gradziuk (dr) – we właściwy sposób dyskontuje tamten pomysł i włożoną w jego realizację pracę.
Krążek, który nabyłem dopiero teraz, jest wyciszony, ascetyczny. Koncert natomiast dostarczył większej amplitudy emocji i wrażeń. Obok fragmentów delikatnych, lirycznych, oszczędnych w środki wyrazu dał też sporą dawkę allegro: momentów cudownie szalonych odjazdów, rozimprowizowanych partii na trzy instrumenty. Wielokrotnie chciałem, pewnie nie tylko ja, bić brawo, a jednak coś mnie powstrzymywało. Cały materiał muzyczny zespół zamknął bowiem w kilku większych fragmentach, utwory płynnie przechodziły jeden w drugi, nuty mocne i czasem gwałtowne ustępowały delikatnym. Z każdą kolejną minutą, z każdą kolejną woltą czuliśmy coraz mocniej, że
uczestniczymy w misterium
i grzechem byłoby oklaskiwać partie solowe w trakcie utworów. Dopiero gdy wyraźnie wybrzmiewały ostatnie nuty, gdy dłonie muzyków milkły, publiczność dawała wyraz swym emocjom, za każdym razem jednak większym i gorętszym. Gdy po godzinie zakończyła się główna część koncertu, domagaliśmy się bisu w sposób zdecydowany i niepodlegający negocjacjom. Trzech panów nie kazało na siebie długo czekać i dostaliśmy jeszcze dwa numery na deser.
W tym miejscu nie sposób nie pochylić się nad kunsztem instrumentalistów. Ojdana zagrał nie na fortepianie, a na pianinie (owszem, w dniu koncertu strojonym) stanowiącym stałe wyposażenie sceny katowickiego kinoteatru, co – na ile jestem w stanie ocenić swym rockowym uchem – w niczym nie przeszkodziło mu wydobyć piękna z tej muzyki. Kontrabas to taki instrument, na który spoglądam miłośnie, odkąd zetknąłem się z płytami jazzowych mistrzów z końca lat 50. Garbowski bez zbędnych fajerwerków dał popis gry na czterech strunach. Na nieco dłuższą chwilę chciałbym się zatrzymać przy tym, co wyczyniał Gradziuk. Jeśli na przykład zestaw Zohara Fresco już na pierwszy rzut oka wyraźnie odbiega od tych najczęściej oglądanych na scenach jazzowych czy rockowych, to ten Gradziuka raczej nie zapowiada niespodzianek, jakie otrzymujemy w trakcie koncertu. Wyobraźnia tego bardziej perkusjonisty niż perkusisty nie jest niczym skrępowana, on potrafi wykorzystać każdy
dowolny centymetr kwadratowy instrumentu,
uderza zarówno w skórę bębnów, jak i w obręcze, pieści i stuka w ich korpusy, muska motylim skrzydłem talerze. Potrafi zsunąć się ze swojego krzesełka, prawie położyć się i zanurkować pomiędzy częściami swojego zestawu – po to, by wydobyć dźwięki zupełnie nieoczekiwane i zaskakujące. Używa pałek, miotełek albo dłoni, ma do dyspozycji cały szereg drobiazgów, perkusjonaliów, których jako dyletant nie jestem w stanie nawet nazwać. Jednocześnie jednak jego gra nie ma w sobie nic z popisywactwa, taniego efekciarstwa – wszystko służy wspólnie tworzonej w danej chwili muzyce. Właśnie: tego też nie sposób nie zauważyć – scena „Rialta” do wielkich nie należy, a panowie ustawili swoje instrumenty na jej środku, bardzo
blisko jeden drugiego.
Tak robią jedynie ci, którzy dobrze czują się ze sobą. Przyjaźń nie tylko muzyczna sprawia, że chyba nigdy nie są zbyt blisko siebie. To było widać w trakcie występu, gdy spoglądali na siebie, słuchali wzajemnie i uśmiechali się wielokrotnie, tak samo było też po koncercie, gdy w holu sprzedawali swoje płyty, nie szczędząc uśmiechów, podpisów i rozmów ze słuchaczami.
*
Trudno dyskutować z faktami, a więc tym, dlaczego dopiero mainstreamowa sztuka, jaką jest film, potrafi rzucić mocne światło na dzieło nieznane ogółowi – muzykę Mieczysława Kosza i jej interpretację dokonaną przez RGG. Ale przecież nie tylko trio zyskuje na tej sytuacji, sprzedając po dwunastu latach, dość nieoczekiwanie, koncerty i płyty. Przede wszystkim zyskujemy my, przeciętni konsumenci kultury, gdy przenikają do naszej świadomości dzieła zapomniane i niedostatecznie cenione.
(RGG, Unfinished Story - Remembering Kosz, Katowice, Rialto, 10 listopada 2019)