8 listopada popędziłem do sklepu z płytami, by kupić najnowsze dzieło Nicka Cave’a. Czy mogłem przypuszczać, że w ciągu zaledwie kilku dni ta muzyka nabierze w moim życiu jeszcze jednego, bolesnego kontekstu?

REKLAMA
*
Przed miesiącem zaopatrzyliśmy się z żoną w bilety na gliwicki koncert artysty. Choć – muszę się przyznać - dopiero kilka lat temu pochyliłem się nad jego twórczością, stał się jednym z tych bardzo ważnych. Gdy przed czterema laty, sam także będąc ojcem bliźniaków, dowiedziałem się, że w tragicznych okolicznościach Cave stracił jednego z synów, serce ścisnęło mi się mocniej: chyba nic gorszego niż śmierć własnego dziecka nie może spotkać człowieka. To wbrew wszystkiemu, wbrew biologicznemu porządkowi świata.
Tradycyjnie, pierwsze dni po zakupie albumu to zanurzanie się w jego zawartość, smakowanie i powolne rozpoznawanie. By wpisać ten materiał w kontekst, przed niedzielną podróżą wsunąłem do schowka w samochodzie dwupłytowy zestaw Lovely Creatures. Spóźnieni o dwa tygodnie wskutek przeziębieniowych historii odwiedziliśmy rodzinne groby w Pszczynie i Czechowicach, zatrzymaliśmy się na kawę w Bielsku-Białej, a następnie przystąpiliśmy do „zamknięcia sezonu” w domu letniskowym, którego standardy bliższe są peerelowskim niż współczesnym. I tam żona odebrała telefon informujący nas o śmierci kolegi. Dobrego znajomego. Przyjaciela. Duże miasto, jakim są Gliwice, obecność i natychmiastowe działanie żony, reanimacja, szybkie przybycie karetki – to wszystko nie było w stanie powstrzymać skutków rozległego zawału.
W ten sposób z całą ostrością dotarła do nas, kilkunastoosobowej „grupy wsparcia” od ponad dwudziestu lat, świadomość, że nie jesteśmy nie do zdarcia. Pozbawiono nas złudzeń, iż co prawda biorą już z naszej półki, ale przecież gdzieś tam, daleko, a nie z naszego grona. Wstrząśnięci i wciąż nie mogąc w to uwierzyć, w piątek odprowadziliśmy Andrzeja na cmentarz.
*
Żałoby nie da się przełamać, oszukać, obłaskawić – trzeba ją przeżyć. Cave – z trudnością, o czym wielokrotnie wspomina w wypowiedziach, próbuje ułożyć się z faktem, że jeden z jego synów nie żyje. Twórca ma tę cudowną właściwość, że słabość może przekuć w siłę, rany po osobistej tragedii wydobyć z siebie w postaci mocnego przekazu. Na przykład urzekającej muzyki.
Ghosteen jest kontynuacją Skeleton Tree. Środki wyrazu zredukowane są już właściwie do minimum. Jeśli kompozycje pozbawić warstwy wokalnej – jesteśmy w świecie muzyki elektronicznej. Sączącej się bardzo niespiesznie, elegijnie. Zaplecionym w zniewalająco piękne nuty, dojmującym smutkiem bez reszty wciągającym słuchacza.
Lecz jest i głos. Więc moje skojarzenia nieuchronnie wędrują ku mistrzowi melodyki wśród wirtuozów instrumentów klawiszowych, Vangelisowi, oraz jego płytom stworzonym wspólnie z Ionem Andersonem, ku tym delikatnym kompozycjom w stylu Beside albo The Mayflower. Minimalizm Cave’a broni się znakomicie. Utwory, w odróżnieniu od wielu dzieł z kręgu el music, są dostatecznie krótkie i ozdobione jego głębokim głosem oraz chórami.
Robert Plant po śmierci synka zmusił kolegów z Led Zeppelin do cierpliwego czekania, Eric Clapton napisał piękną piosenkę Tears In Heaven, Nick Cave zmaga się ze sobą i swoją tragedią, dając temu znacznie pełniejszy artystycznie wyraz. Otrzymujemy tym razem aż dwie płyty, choć materiał zmieściłby się na jednej – swoisty dwugłos dzieci i rodziców. Muzyk jest tuż obok, beside (słowo-klucz?), zawieszony gdzieś pomiędzy. Pomiędzy żałobą i nadzieją, rozpaczą i wiarą.
Ten album nakazuje zamilknąć, wyciszyć się. Skupienie słuchacza nagradzane jest jednak po wielekroć: pieśni Cave’a są bowiem urody najczystszej, największej. Pełnym piękna smutkiem i smutnym pięknem. Mantryczną, rozciągniętą w czasie chwilą łagodzącą ból czyjejś nieobecności.
(Nick Cave and The Bad Seeds, Ghosteen, 2019)