By być artystą, nie można być uosobieniem skromności. Tak jak pisanie po Homerze czy Słowackim jest przejawem bezczelności, tak jest nim także granie po Bachu i Beethovenie. Wyjście w pojedynkę na scenę natomiast, prócz próby zmierzenia się ze sobą w nowych dekoracjach, jest oznaką artystycznej pychy.

REKLAMA
*
W latach 70. czy 80. mówiło się o grupie Kraftwerk, że może dawać dwa koncerty w tym samym czasie. Jej członkowie stali bowiem niczym manekiny przy swych klawiaturach i widz mógł zachodzić w głowę, czy instrumenty są obsługiwane przez ludzi, czy też wcześniej zaprogramowane, czy ma przed sobą ludzi, czy jedynie kukły.
Krzysztof Zalewski wymyślił sobie trasę - projekt solo. Zamiar ambitny, ukazujący go jako człowieka wszechstronnie utalentowanego. Bo to, że jest jednym z najlepszych wokalistów w historii polskiego rocka, wiadomo od jakiegoś czasu, że jest zdolnym kompozytorem – też słychać. Że daje radę i na gitarach, i na klawiszach, i na perkusji – także wiadomo, bo przecież znany jest i z Much, i z Heya, no i przede wszystkim pięknie wreszcie rozwijającej się kariery solowej.
Może dobrze się stało, że popularność spadła na niego
w wiele lat po wygraniu „Idola”,
bo lata ciszy, a potem terminowania u innych z pewnością udzieliły mu lekcji wielkiej życiowej pokory. I pewnie dziś ten szał wokół swojej osoby potrafi jakoś okiełznać i mieć do niego dobrze pojęty dystans.
By jednak być artystą, nie można być uosobieniem skromności. Tak jak pisanie po Homerze czy Słowackim jest przejawem bezczelności, tak jest nim także granie po Bachu i Beethovenie. Wyjście w pojedynkę na scenę natomiast, prócz próby zmierzenia się ze sobą w nowych dekoracjach, jest oznaką artystycznej pychy. Robili to co prawda i robią nadal multiinstrumentaliści spod znaku muzyki elektronicznej, jednak porwanie się na coś podobnego przy zdecydowanie bardziej rockowym i popowym repertuarze jest – śmiem twierdzić – trudniejsze i bardziej ryzykowne. Bo oto materiał zarejestrowany wcześniej w studiu nagraniowym, a potem wielokrotnie zagrany na żywo przez kilkuosobowe składy, trafia do „obróbki” w jedną tylko parę rąk, spada
na jedną tylko głowę.
Oraz w bezduszne czeluście komputerów.
Nawet jeśli docenimy wszechstronność Zalefa, piosenki zagrane w ten sposób budzą co najmniej wątpliwość. Cyfrowe zapętlanie kolejnych śladów, rozpędzanie każdego kolejnego utworu od zera niszczy dramaturgię koncertu. Energia, jaka płynie w powietrzu pod koniec jednej piosenki, upada gdzieś na podłogę, gdy muzyk bierze do rąk kolejno np. gitarę, potem bas, klawisze, a na koniec pałeczki. Mija trochę czasu, nim pociąg nabierze prędkości, a ten rozpęd jest z gatunku tych, co to budzą moją nieufność i niedowierzanie. Zamiast bowiem swingu żywych instrumentów, smacznej koegzystencji scenicznej paru ludzi, mamy nieuchronnie
coś spod znaku muzyki mechanicznej,
bez- lub małodusznej.
Piosenki wiele na tym tracą nawet jeśli nie sposób nie lubić ich wykonawcy, uśmiechać się do jego wdzięcznej i niewymuszonej konferansjerki. Muzyka grana w ten sposób słabo się broni, tracąc zbyt wiele ze swego pierwotnego blasku. Na domiar złego - piękna sala NOSPR gorzej sprawuje się w warunkach elektryczno-kolumnowych niż akustycznych, a okołopółsekundowe opóźnienie obrazu na telebimie w stosunku do tego, co miało miejsce na scenie, uruchamia skojarzenia z Kraftwerkiem, od których zacząłem ten tekst. Nie podejrzewam Zalewskiego o taką bezczelność, wierzę, że większość dźwięków urodziła się na scenie, ale plastikowość opracowania sprawiła, że przez większość występu pozostawałem obok niego. Dopiero
set przy fortepianie
rozgrzał mnie od środka, a dawanie sobie rady z piekielnie trudnym Niemenowskim repertuarem kazało mi głęboko się skłonić. Moja pamięć raz jeszcze przywołała wspomnienie młodego Macieja Balcara, który dawno temu w Opolu zaśpiewał pieśń Pana Czesława i chyba jako pierwszy ustał ten skok, a nawet stylowo zaznaczył go telemarkiem. Świetna dykcja Zalewskiego też uparcie kojarzy mi się z frontmanem Dżemu, dlatego wypomnę gwieździe niedzielnego wieczoru, że powinien wystrzegać się „anglosaskiej” nonszalancji w stylu: „Jednego serca, cak mało, cak mało”. Opuszczałem NOSPR-owy przybytek nie w pełni ukontentowany, tęskniąc za rokendrolowym mięchem, dowaleniem do pieca przez kilku muzyków jednocześnie, za chemią między sceną a widownią, taką chemią, której można wręcz dotknąć. Nawet w małym, gęstym od papierosowego dymu i pełnym spoconych ciał klubie.
(Zalewski solo, Katowice, NOSPR, 21 grudnia)
setlista: Tekst linka