Pete Townshend i Roger Daltrey dziś mają razem... sto czterdzieści dziewięć lat (dla porównania: w chwili debiutu kwartet liczył łącznie lat osiemdziesiąt jeden). I? Nie mam pytań, za to mnóstwo satysfakcji i radości fana.

REKLAMA
*
Beatles wydali swój dwunasty album studyjny pod koniec lat 60., The Stones – na początku następnej dekady. The Who, kolejny wielki band tworzący pierwszą falę brytyjskiego rocka, doszedł do tego miejsca w dyskografii z końcem ubiegłego roku. Inaczej bowiem niż zdecydowana większość w tamtych czasach – nagrywał rzadko. Dość powiedzieć, że po śmierci Keitha Moona w 1978 roku, jednego z najwybitniejszych perkusistów rockowych, zespół przygotował dopiero czwarty krążek z premierowymi utworami i zrobił to
po trzynastoletniej przerwie.
Cztery albumy przez cztery dekady! W tym czasie, w roku 2002, do największej orkiestry świata, także przedwcześnie, zdążył odejść drugi muzyk The Who, basista John Entwistle. Dziś dwaj oryginalni członkowie zespołu, Pete Townshend i Roger Daltrey, mają razem... sto czterdzieści dziewięć lat (dla porównania: w chwili debiutu kwartet liczył łącznie lat osiemdziesiąt jeden). I?
Jeśli chodzi o mnie, nie mam pytań, za to mnóstwo satysfakcji i radości fana. Jedenaście piosenek, co najmniej dobrych, z każdym kolejnym przesłuchaniem coraz mocniej uderza do głowy. Daltrey, który zdawał się tracić głos w roku 1992, gdy śpiewał na Wembley ku czci Freddiego Mercury’ego, wciąż daje radę. Muzycznie także trudno cokolwiek zarzucić.
Od samego początku jest dobrze, od All This Music Must Fade, wyposażonego we
wszystkie patenty kapeli.
Po nim pojawia się Ball And Chain, pieśń, która od pierwszego słuchania szczególnie wpadła mi w ucho - jeśli nie najlepsza z całości, to z grona tych paru wybitnych na krążku. Nie powstydziłby się jej wielki wielbiciel formacji, niejaki Eddie Vedder. W Detour mamy autocytaty, nie pierwsze zresztą w dorobku grupy – z klasyka Baba O’Riley. W I’ll Be Back natomiast - hołd złożony Steviemu Wonderowi – w postaci klimatu i jakże charakterystycznej harmonijki. A ponadto coś, co przywodzi na myśl kumpli ze Stones, u których czasami przed mikrofonem staje Keith Richards. Z tą różnicą, że Daltrey – inaczej niż znikający w takich momentach Jagger – wspiera Townshenda nie tylko w chórkach, lecz tworzy z nim duet. Huk toczących się kamieni i ich klasyka Jumping Jack Flesh słychać natomiast w refrenie Rockin’ In Rage. W lekkości i urodzie Break The News dostrzegam z kolei niejakie podobieństwo do ‘39 Queen. Całość wieńczy smakowita, pobrzmiewająca nieco wschodnimi rytmami She Rocked My World.
Ta płyta była świetnym, zrobionym samemu sobie prezentem na grudniowe święta. Jeśli wziąć pod uwagę tempo pracy zespołu oraz wiek liderów, trudno uciec od myśli, że może ona stanowić
pożegnanie,
przynajmniej gdy mowa o premierowym materiale. Pożegnanie bardzo udane, bezpretensjonalnie posklejane z tego, co stanowiło i nadal stanowi o stylu oraz sile formacji. Dodatkowy atut stanowi okładka autorstwa Petera Blake’a: nieodparcie kojarząca się z jego pracą zdobiącą Face Dances z 1981 roku, ale przede wszystkim nawiązująca do muzycznych tropów (fotka Chucka Berry’ego) oraz znaków kulturowych. Symboli popkultury drugiej połowy XX wieku, czyli tej, której ikoniczną częścią od dawna są The Who. Choć z kraju nad Wisłą kiepsko to widać - nie tylko za sprawą hymnu My Generation, udziału w festiwalu w Woodstock czy genialnego albumu Who’s Next (1971).
(The Who, The Who, 2019)