Coś dla neurotycznych dusz, którym nasączona niepokojem, podatna na zranienia delikatność Marca Hollisa jest szczególnie bliska.

REKLAMA
*
Dwadzieścia dziewięć lat. Szmat czasu, uświadamiam sobie, że równo pół mojego życia. Nawet jeśli wziąć pod uwagę, iż czas mierzony muzyką tzw. popularną płynął już wtedy i płynie do dziś bez porównania wolniej, niż na przykład w latach 1965-1970.
Dla mnie
rok 1991 to ostatni z wielkich:
Pearl Jam debiutuje krążkiem Ten, Nirvana publikuje Nevermind, Metallica czarny album, U2 – Achtung Baby, Red Hot Chili Peppers – Black Sugar Sex Magik, Queen żegna się płytą Innuendo
Piotr Kaczkowski, w gronie dziennikarzy muzycznych ankietowanych dawno temu przez bodaj „Magazyn Muzyczny”, na pytanie, czy są artyści, których nagrań nigdy nie zaprezentuje w swoich audycjach, odparł, że nie ma takich. Choć dziwiłem się wtedy temu, a i dziś trudno uwierzyć w muzyczną woltę na przykład niejakiego Zenka M., to jednak życie przyznaje rację Trójkowemu redaktorowi, że nawrócenia są możliwe. Zmiany bowiem wchodzą jak najbardziej w grę (ba, jedyne, co pewne w życiu, to zmiany),
ewolucje, a nawet rewolucje.
Działalność Marca Hollisa i jego Talk Talk to niewiele ponad dekada. Dziesięć lat dzieli moment wydania debiutanckiego albumu, Party’s Over (1981), od ostatniego, piątego, Laughing Stock (1991). Gdyby przed wydaniem dwóch pierwszych krążków typowej dla lat 80. kapeli z okolic new romantic i dość plastikowego, syntezatorowego brzmienia, ktoś powiedział: „Poczekajcie pięć lat, a oko wam zbieleje, zaś ucho rozpłynie się z zachwytu”, ilu by mu uwierzyło? Tymczasem doszło do rewolucji – i muzycznej rewelacji. Gwałtowny rozwój twórczy lidera stał się faktem, The Colour of Spring okazał się albumem z zupełnie innej półki, z innych, dojrzałych i pięknych rewirów, nawiązujących do najlepszych dzieł rocka progresywnego z poprzedniego dziesięciolecia, a może jeszcze bardziej - bliskim dokonaniom późnego Roxy Music i solowym Bryana Ferry’ego. Mark Bennett, autor noty o tym krążku w cegle 1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej (wyd. polskie Elipsa 2013), napisał: „The Colour of Spring była objawieniem. Piosenki Hollisa wreszcie opakowane były instrumentacją wrażliwą na ich
kruchą melancholię”.
Dwa lata później ukazuje się pozbawiony jakichkolwiek cech przebojowości Spirit of Eden, oszczędny w środkach wyrazu, wyimprowizowany w studiu i tam posklejany z najlepszych fragmentów i – zdaniem lidera - nie do zagrania na żywo. Talk Talk znika więc ze sceny, znika z serc i pamięci popfanów. Po kolejnych trzech latach ukazuje się piąty krążek w dyskografii grupy (właściwie już duetu wspieranego przez duży zestaw współpracowników), zaledwie piąty, a okazujący się ostatnim.
Upływający czas jest sędzią nieubłaganym. O ile na gorąco wystawiane oceny mogą rozmijać się z prawdą, to trwanie tych trzech albumów w głowach pewnej grupy miłośników rocka jest bezspornym faktem. O paradoksie, dwa ostatnie krążki są od lat już
ikonami postrocka,
zaliczanymi jednocześnie, tak jak The Colour of Spring, do płyt wybitnych w historii całej muzyki rockowej. Laughing Stock, z którym – wstyd przyznać – zapoznałem się dopiero teraz, po nabyciu jego wersji winylowej niemal równo w pierwszą rocznicę śmierci Hollisa, na prywatny użytek zaliczyłem natychmiast do najwspanialszych albumów 1991 roku. I mam całkowitą pewność – wynikającą właśnie z racji czasu, który zdążył minąć – że moja opinia w tym względzie nigdy już się nie zmieni.
To młodsza siostra Spirit od Eden. Począwszy od okładki, na której przeważa biel, a jej ozdobę ponownie stanowi grafika Jamesa Marscha. Na tej opakowującej krążek z 1988 roku kolorowe ptaki okupują drzewo z przywiędłymi, zmęczonymi już listkami, jednakże w tle mamy i błękit nieba, i spokojną toń wielkiej wody, na Pośmiewisku drzewo jest już nagie, a dzień wyraźnie ma się ku końcowi. Czy Hollis przewidywał, że potem będzie już tylko noc i cisza?
Muzyka mogłaby powstać dzisiaj i też robiłaby spore wrażenie, więc świadomość niemal trzydziestu lat dzielących nas od momentu jej powstania nakazuje tylko głęboko się skłonić. Ascetyczna okładka – znów - skrywa
ascetyczną zawartość.
Graną na żywo w studiu, improwizowaną w przeważającej mierze, w której jednak nie ma przypadkowych czy zbędnych dźwięków. A te sączą się niespiesznie, żaden instrument nie jest poganiany przez inne, choć gwałtowne uderzenia w struny gitary też mają miejsce. Jeśli słuchacz nie potrafi zwolnić, zatrzymać się, skupić na słuchaniu tych sześciu utworów w podobny sposób jak na oglądaniu interesującego filmu, ta muzyka może go nawet nie musnąć, przejść gdzieś obok, niemal niezauważona.
Album doskonały, tymczasem w Polsce właściwie kompletnie nieobecny, nieznany. Karma dla tych, którzy lubią czasem dać się sponiewierać przez nuty, wzruszyć, a ściślej: wzruszać wielokrotnie podczas słuchania. Coś dla neurotycznych dusz, którym nasączona niepokojem, podatna na zranienia delikatność Hollisa jest szczególnie bliska. Laughing Stock to jednocześnie dzieło dla smakoszy: tych, którzy lubią delektować się mistrzowskim wykonaniem całości. Trzecie i niestety ostatnie świadectwo wielkiego talentu i wielkiej wrażliwości.
(Talk Talk, Laughing Stock, 1991)