Na jednej z dołączonych do płyty wkładek mamy fotografię osobliwego peletonu - złożonego z kilkudziesięciu pań gotowych do startu, odzianych tylko w czapeczki i rowery. Cóż, Marylin Monroe, obiekt westchnień milionów facetów, dzisiaj za sprawą bioder pewnie przepadłaby już w przedbiegach jakichś aktorsko-modelowych wyścigów.

REKLAMA
*
Każdy od czegoś zaczynał, każdy ma swoje

pierwsze płyty i pierwsze zachwyty.
U mnie rozłożyło się to na ponad dekadę: z jednej strony szczenięce śledzenie okiem i uchem poczynań starszych braci, statystowanie w ich muzycznej inicjacji, co ostatecznie przełożyło się na najsilniejsze moje fascynacje muzyczne, z drugiej – czas, gdy wreszcie sam zacząłem słuchać, najczęściej Trójkowych audycji muzycznych, i nagrywać.
Starszy z moich synów-bliźniaków mówi, że potrzeby powinny rodzić się w domu, a nie w sklepie – i ma świętą rację. Poruszając się wśród regałów z tysiącami albumów setek wykonawców, dokonuję czasem zaskakujących dla samego siebie wyborów, przede wszystkim gdy chodzi o krążki dobrze mi znane – mianowicie, że kupuję w danej chwili właśnie te i w dodatku w niewielkim odstępie czasu. I tak stało się też ostatnio: kilka czy kilkanaście dni dzieli moment zakupu winyli najpierw A Night At The Opera, a następnie Jazzu. (Albumy te od lat miały swe miejsce na domowych półkach, ale w postaci kopii - i co z tego, że z pieczołowicie skserowanymi okładkami? Nie poważam tej, na szczęście niewielkiej i wciąż malejącej, części płytoteki, traktuję raczej wstydliwie i słucham „gorszym” uchem. W porównaniu z początkami CD ceny dziś nieco inne, dostępność tytułów też nieporównywalnie większa, mimo iż wciąż niesatysfakcjonująca). Kopii, bo Queen nie należał i nie należy do moich ulubionych wykonawców, z jednym wszakże wyjątkiem – okresem 1978-1979, moimi początkami, a dla kwartetu
znakomitym końcem znakomitego okresu
kapeli rokendrolowej: wydawnictwami Jazz (1978) i rok późniejszym dwupłytowym koncertowym podsumowaniem tamtych lat Live Killers.
Pod koniec 1978 roku, na czwartej zaledwie szpuli z nadrukiem na pudełku „Magnitnaja lienta, sdiełano w SSSR” (były znacznie gorszej jakości niż polskie albo ORWO-wskie, za to tańsze i przez pewien czas łatwiej osiągalne) zarejestrowałem dziewięć nagrań z Jazzu, począwszy od If You Can’t Beat Them. W moim posiadaniu był wtedy pierwszy singiel grupy wydany przez Tonpress: Bohemian Rhapsody/Death On Two Legs (drugi, z piosenkami Somebody to Love i Long Away, wyszedł rok później) – i to była cała moja ówczesna, szesnastolatka, znajomość dorobku grupy. Nagrałem tylko dziewięć piosenek, bo cztery pierwsze Piotr Kaczkowski przedstawił w „Muzycznej Poczcie UKF” tydzień wcześniej, co – z jakichś powodów – przegapiłem.
Jazz po latach broni się świetnie. Słuchaniu albumu towarzyszy bardzo przyjemne odczucie, że minęły cztery dekady, a muzyka wychodzi z próby czasu więcej niż obronną ręką – instrumentalistów - zaś głosy trzech członków kapeli brzmią solo doskonale (Mercury), świetnie (Taylor) i dobrze (May), a razem tworzą do dziś najwspanialszy chór w historii rocka. Utworem, który stanowi oś całości, kunsztownie w każdym detalu opracowanym – na wzór Bohemian Rhapsody na Nocy w operze czy Somebody to Love na A Day At The Races – jest tu Wyścig Pokoju, to znaczy Bicycle Race. Druga strona promującego album singla, Fat Bottomed Girls, to pierwszy z serii ognistych numerów rokendrolowych na płycie, a potem są jeszcze If You Can’t Beat Them, Let Me Entertain You i Dead On Time - rozgrzewające do czerwoności kawałki z popisowymi partiami gitary. In Only Seven Days oraz Leaving Home Ain’t Easy to bardzo udane ballady, zaś Jealousy i, zwłaszcza, Dreamers Ball są kolejnymi stylowymi pastiszami melodii sprzed kilku dziesięcioleci. Pastiszami, których tak wiele – a wszystkie co najmniej udane - w dorobku grupy. Funkowy Fun It brzmi niczym zapowiedź Another One Bites The Dust, sygnalizując też mocno elektroniczną drogę, którą zespół pójdzie w następnej dekadzie. Don’t Stop Me Now to z kolei kawałek, w którym Mercury lideruje swojemu zespołowi, pędząc przez struny głosowe i wymiatając na fortepianie w stylu klasyków takiego grania – Eltona Johna i Billy’ego Joela.
Rewelacyjny jest finał:
More of That Jazz, rasowy, utrzymany w średnim tempie utwór rockowy ze świetnie wpisaną w brzmienie gitary chrypą Taylora i zgrabnie wplecionym miniprzeglądem zawartości całej płyty. Urzekają tu celnie punktujący bas i wirtuozowska gitara. May osiąga szczyty, ani przez moment nie epatuje popisywactwem spod znaku moich nieulubionych Vaiów i Satrianich, za to daje czasem ledwie dwu-, trzysekundowe próbki kunsztownych zagrań rokendrolowych. More of That Jazz to numer, którym Queen mości sobie miejsce wśród najlepszych trzyosobowych składów w historii (Mercury’ego tutaj de facto nie ma). Nie dziwota, że jakiś czas potem zeszły się – co prawda na jeden krótki krążek - drogi Briana i geniusza sześciu strun z drugiej strony oceanu, Edka Van Halena (Star Fleet Project).
Królowa już nigdy potem w produkcjach studyjnych nie brzmiała jak rasowy ansambl rockowy - aby doświadczyć łojenia, trzeba było znaleźć się na koncercie i wyczekać odpowiednich momentów. Nie miałem aż tyle szczęścia: oświęcimski koncert Maya i Taylora z Lambertem w 2016 roku, toczący się w sporej części w strugach nieprzytomnego deszczu, tylko sygnalizował to, co musiało się dziać przed laty, gdy przy mikrofonie szalał ten facet z zupełnie innej planety, z Merkurego.
P.S. Jeszcze słowo w
kwestii przerzutkowo-tekstylnej.
Jeśli dopisuje mi pamięć, P. Kaczkowski eufemistycznie przetłumaczył Fat Battomed Girls jako „szczupłe długonogie panienki”. „Rozłożyste” byłoby obraźliwe? Nie jestem w stanie zweryfikować własnych wrażeń, bowiem dostępu do albumu przed laty po prostu nie miałem. Wyjmując z okładki jedną z wkładek, rozkładaną aż po dwakroć, z jednej strony mamy teksty piosenek, zaś po drugiej peleton kilkudziesięciu pań gotowych do startu, odzianych tylko w czapeczki i rowery. Cóż, Marylin Monroe, obiekt westchnień milionów facetów, obecnie za sprawą bioder być może przepadłaby już w przedbiegach jakichś aktorsko-modelowych wyścigów. Dziewczyny na rzeczonym zdjęciu także we współczesnym pojęciu do filigranowych raczej nie należą. Z jednym wszakże w tym miejscu, za to istotnym zastrzeżeniem: jak to jest, że gdy przychodzi do reklamowania bielizny albo strojów plażowych, deskowate wieszaki o wadze czterdziestu kilogramów, domniemanej płci żeńskiej, nie mają nic do roboty, ustępując – jak należy – pola krągłym tu i ówdzie kobietom?
(Queen, Jazz, 1978)