
6 października, w wieku sześćdziesięciu pięciu lat, zmarł Edward Van Halen, jeden z najlepszych gitarzystów w dziejach rocka. Jeśli wziąć pod uwagę wpływ wywarty na innych, należałoby umieścić go wręcz w pierwszej piątce: nie sposób dziś wyobrazić sobie, jak bez niego wyglądałoby całe metalowe granie.
REKLAMA
*
Długo czekaliśmy, by Eddie zszedł się ponownie z Davidem Lee Rothem, bardzo długo. Chyba dopiero aktywność byłych kumpli z zespołu, Hagara i Anthony’ego, którzy weszli w skład supergrupy Chickenfoot, sprowokowała ich do działania - zdarzyło mi się napisać w 2012 roku, gdzieś na początku blogowania. Kto mógł przypuszczać wtedy, że Different Kind of Truth okaże się jedynym ich wspólnym krążkiem z nowym materiałem po latach rozłąki.
Z amerykańskim zespołem
Długo czekaliśmy, by Eddie zszedł się ponownie z Davidem Lee Rothem, bardzo długo. Chyba dopiero aktywność byłych kumpli z zespołu, Hagara i Anthony’ego, którzy weszli w skład supergrupy Chickenfoot, sprowokowała ich do działania - zdarzyło mi się napisać w 2012 roku, gdzieś na początku blogowania. Kto mógł przypuszczać wtedy, że Different Kind of Truth okaże się jedynym ich wspólnym krążkiem z nowym materiałem po latach rozłąki.
Z amerykańskim zespołem
zetknąłem się bardzo dawno temu, przy okazji chyba pierwszej, a na pewno pierwszej dłuższej prezentacji jego nagrań w polskim radiu, w stereofonicznym programie czwartym. Utwory z pierwszej płyty VH tak spodobały się słuchaczom, że tydzień później zaprezentowano następne piosenki – kończące debiutancki album oraz kilka z drugiej płyty. Musiał to być więc 1979 rok.
Potem dotarły do Polski kolejne krążki zespołu. Pojawiły się też wspólne nagrania Edwarda z Brianem Mayem. Miałem ponadto okazję widzieć fragmenty jubileuszowego koncertu na cześć Lesa Paula, słynnego konstruktora gitar. Starszego już wtedy pana, który – o ile pamięć mnie nie zawodzi – sam był też konferansjerem.
Tekst linka
Tekst linka
Jako pierwszego zaprosił na scenę Edka. Młodego, długowłosego, z nagim torsem. Samego. I ten zaczął wycinać różne dziwne rzeczy na swym wiosełku. To było niesamowite przeżycie. Eddie bawił się, serwując
mnóstwo przeróżnych zagrywek, riffów.
Trwało to dobrych kilka minut, uśmiech nie schodził ani z twarzy grającego, ani z twarzy jubilata, który z czułością przypatrywał się, co też można zagrać na gitarze jego konstrukcji.
Wiele lat minęło od tamtego wydarzenia. Wiele zdążyło się przez ten czas uleżeć w mojej głowie. A więc i to, że dokonania zespołu Van Halen nie sytuują go w rokendrolowej ekstraklasie wszechczasów, przynajmniej z europejskiej perspektywy. Jednakże…
Ma ta muzyka (myślę zwłaszcza o płytach do 1984 roku) bardzo wiele atutów. Żywiołowość, niesforność nastolatków, jedna wielka, niekończąca się balanga, awanturnictwo i rebelianctwo. Potężne łojenie i zabawa. Szokujący, olśniewający poziom opanowania instrumentu przez lidera. I jeśli gdzieś pojawia się żal, że maestria techniczna nie szła całkiem w parze z możliwościami twórczymi, że te piosenki okazywały się czasem zbyt pospolite, błahe i za proste, to wciąż jednak nie sposób zaprzeczyć faktowi, że jego muzyka stanowi istotę rokendrola. Radość grania – i dawanie radości słuchaczom. Zdjęcie na rewersie okładki Diver Down, zrobione gdzieś z tyłu sceny, na zakończenie koncertu, gdy czterech młodych ludzi pozdrawia wypełniony po brzegi stadion, jest bardzo wymowne. Był czas, gdy w Stanach byli bożyszczami tłumów.
W tym miejscu, ze świadomością, iż należy zachować odpowiednie proporcje,
dwa polskie skojarzenia,
dwa polskie skojarzenia,
dwa porównania. Pierwsze – Oddział Zamknięty, ten z Krzysztofem Jaryczewskim – to też była bezustanna impreza. Drugie – Jan Borysewicz. Świetny gitarzysta, który nie był nigdy wybitnym kompozytorem (choć napisał trochę całkiem niezłych numerów), a którego kunszt objawiał się na płytach ambitniejszych niż Lady Pank wykonawców – np. Obywatela G.C. czy Edyty Bartosiewicz.
Van Halen jest jednym z gitarowych mistrzów świata. Wirtuozem, instrumentalistą miary Hendriksa, Page’a czy Claptona. (Nieprzypadkowo przecież na pierwszych płytach VH znajdują się covery – Kinks czy Roya Orbisona – będące wyraźnym ukłonem zespołu w stronę tradycji). Facetem, który nigdy nie nadużywał cierpliwości słuchaczy – wystarczy tylko popatrzeć, jak krótkie są kolejne płyty – te do 1984 roku, ledwie ponad pół godziny. Jak krótkie zwykle znajdują się na nich piosenki.
Tekst linka
Tekst linka
Właśnie – piosenki: zwrotka – refren – zwrotka, a gdzieś między to wplecione olśniewające nieraz, brawurowe, czasem zaledwie
kilku- lub kilkunastosekundowe solówki,
w których zawarte jest wszystko. Tyle czasu wystarcza Edwardowi, by wprawić słuchaczy, a już na pewno innych gitarzystów, w osłupienie. Ci wszyscy, pardon, napiedalacze, którzy dopiero dopasowują swoje palce do gryfu w miejscu, w którym on już kończy, nudzą mnie okrutnie.
Nikt mnie nie przekona, że panowie Vai, Satriani (chyba że we wspomnianym wyżej Chickenfoot), Malmsteen czy paru innych im podobnych są wielkimi muzykami. Technika i warsztat to bardzo dużo, ale w sztuce, nawet w tej przez mniejsze „s”, chodzi o coś więcej. Popisy nie powinny być celem samym w sobie, bo wtedy scena koncertowa zamienia się w cyrk narcyzów. Eddie Van Halen nigdy nie zapominał, że popisy mają służyć muzyce.
Nikt mnie nie przekona, że panowie Vai, Satriani (chyba że we wspomnianym wyżej Chickenfoot), Malmsteen czy paru innych im podobnych są wielkimi muzykami. Technika i warsztat to bardzo dużo, ale w sztuce, nawet w tej przez mniejsze „s”, chodzi o coś więcej. Popisy nie powinny być celem samym w sobie, bo wtedy scena koncertowa zamienia się w cyrk narcyzów. Eddie Van Halen nigdy nie zapominał, że popisy mają służyć muzyce.
Zafundowałem sobie w ostatnich dniach festiwal nagrań VH, bardzo mnie bowiem zabolała wieść o przegranej walce z rakiem lidera kapeli. Nie chcę tu rzucać tytułami płyt i nagrań, które są mi szczególnie bliskie - ale zrobię wyjątek dla dwóch: Women and Children First i 1984. Odnotuję też to, że frontmanami zespołu było trzech ważnych w historii amerykańskiego rocka wokalistów; David Lee Roth, Sammy Hagar i Gary Cherone (lepiej znany z Extreme), że w zespole bębnił cały czas brat lidera, Alex Van Halen, a na ostatniej płycie na basie zagrał syn Edwarda, Wolfgang.
W dorobku tej grupy jak w żadnym innym słychać bezustanne przenikanie się rokendrola i metalu. Ciężar tego ostatniego, ujmując sprawę historycznie, wzięty został z Black Sabbath, natomiast zagrywki Edwarda, z krwi i kości rokendrolowca, stały się najlepszym podręcznikiem albo dziesięciorgiem przykazań metalowych użytkowników sześciu strun.
(2012-2020)
