Gdańsk może być miłością od pierwszego spojrzenia, ale niemożliwe jest, by przy drugim tylko wzruszyć obojętnie ramionami.

REKLAMA
*
Gdy zestawiam ze sobą tegoroczny wyjazd do Gdańska z tym sprzed trzech lat, przypominam sobie dwa koncerty Jethro Tull w katowickim Spodku, w 1997 i 1999 roku. Oba znakomite, a jednak pierwszy bijący na głowę drugi. Dlatego, że był po prostu pierwszy, a także dlatego, że Anderson z kumplami za drugim razem postanowił zagrać nieco inny zestaw utworów, swego rodzaju The Best of volume 2. Postanowiliśmy z żoną, iż nie zrobimy sobie prostej w obsłudze powtórki z rozrywki, lecz postaramy się przesunąć akcenty, zdając się przy tym na odrobinę spontaniczności. Ale też muszę od razu zaznaczyć, że Gdańsk może być miłością od pierwszego (dorosłego) spojrzenia, ale niemożliwe jest, by przy drugim tylko wzruszyć obojętnie ramionami. Drugie spojrzenie na piękną i mądrą kobietę nie poraża z tą samą mocą co pierwsze, jednakże sięga do głębszych pokładów, uspokajamy się nieco, dochodząc do siebie, i powoli uświadamiamy sobie rozliczność odpowiedzi na pytanie, dlaczego pragniemy na tę kobietę spojrzeć trzeci, czwarty i enty raz. Nie tylko spojrzeć, ale poznać.
logo
Bo kto – pozwolę sobie nieskromnie zauważyć - ma wyczuć Gdańsk i Trójmiasto lepiej niż Ślązak: całym sobą, jednocześnie instynktownie i rozumem? Kto we krwi ma ten tygiel wielokulturowy, polsko-niemiecki, a odrobinę jeszcze żydowski, ten w lot wyczuje
podobny klimat w innym miejscu
na mapie. Dochodzą do tego nuty zachwytu i zazdrości (lecz nie zawiści), spowodowane świadomością, o ileż tamte miejsca mają dłuższą i bogatszą historię niż ta nasza, katowicka, ledwie stopięćdziesięcioletnia. I o ileż mocniej w tę nadmorską historię zanurzona jest kultura, Śląsk bowiem był i jest nade wszystko przemysłowy, robotniczy, z rzadka intelektualny, natomiast Gdańsk, miasto portowe, kupieckie, bogate, otwarte na świat, brało z tego świata całe mnóstwo, nawet jeśli wziąć poprawkę na to, że Bałtyk to niewielkie morze, basen nieledwie, gdzieś na północy kontynentu.
*
logo

Multimedialną wystawę w Europejskim Centrum Solidarności tym razem sobie podarowaliśmy, miejsce, gdzie przed trzema laty podniesione głosy demonstrantów z lat 80. zarejestrowane na taśmach i do posłuchania z wystawienniczych głośników nagle pomieszały się z nerwowymi pokrzykiwaniami protestujących pod oknami ECS A.D. 2017. Weszliśmy natomiast na dach, by (nie pierwszy już raz) podziwiać panoramę miasta, a zaraz potem na teren Stoczni Gdańskiej. A nawet załapaliśmy się na darmowe oprowadzanie, w którym łącznie z nami wzięło udział… czworo ludzi. Przewodnik, młody człowiek, student chemii i miłośnik historii, zrobił to z sercem i dużą wiedzą, zaś dla nas sporym przeżyciem – zwłaszcza w czterdziestą rocznicę - było stanąć tuż przy prezydialnym stole
w hali BHP,
przy którym doszło do podpisania historycznego porozumienia. I choć dwadzieścia jeden postulatów to dziś głos z innego, komunistycznego świata, w tamte sierpniowe dni 1980 roku rozpoczęło się rozmontowywanie chorego systemu. Nie sposób zapomnieć, jak ówczesna TVP przerwała nadawanie niedzielnego programu telewizyjnego, by przeprowadzić z Gdańska bezpośrednią transmisję z podpisania porozumienia - gdzie z jednej strony widzieliśmy wicepremiera Mieczysława Jagielskiego, charakteryzującego się, w odróżnieniu od większości „tarzyszy”, świetną prezencją i dużą kulturą, a z drugiej dziwnie wyglądającego faceta, ze stanowczo zbyt długim wąsem, o rozmiarach długopisu nie wspominając. O pierwszym mało kto dziś pamięta, a drugi wszedł do historii nie tylko Polski. Trudno nie poczuć dziś bolesnego ukłucia, widząc stocznię nieczynną, lecz przecież jesteśmy przybyszami ze Śląska, gdzie wielki przemysł także odchodzi w przeszłość, a KWK „Wujek”, największy symbol protestów czasu stanu wojennego, razem z nim.
*
Przyglądanie się budowanym na potęgę nowym-jak-stare kamienicom przy drugim razie budzi może nieco gorzką refleksję: kasa i komercja, komercja i kasa. Buduje się głównie pod wynajem – krótkoterminowy dla turystów albo długoterminowy dla firm. Na parterze knajpy, wyżej mieszkania, w większości niewielkie, ale ze smakiem przygotowane (w jednym z takich, na ulicy Chmielnej, obstalowaliśmy sześć noclegów). Profesor Ryszard Koziołek nazwał co prawda tego typu lokale „wypicowanymi nowomodnymi pomieszczeniami mieszkalnymi, w które nie wniknęła ani kropla niczyjej codzienności”, ja jednak nigdy nie pogardzę schludną łazienką czy pralką sprawiającą, że bagaż, nawet jeśli wrzucony do samochodu, może być znacznie mniejszy. W przypadku Gdańska forma tych budynków w dodatku zdecydowanie lepiej przystaje do historycznych kamienic centrum miasta niż koszmarna czasem zabudowa okresu PRL-u, zwłaszcza tego późnego, z lat 70. i 80. Rozumem nie zgrzeszyli niestety ci, którzy całkiem niedawno zezwolili na powstanie kilkunastopiętrowych budynków w sąsiedztwie zupełnie innej, niższej zabudowy – trzy takie straszydła stanęły na przykład w sąsiedztwie wspomnianej stoczni.
logo

*
Próbę niedzielnego wejścia do kościoła pw. św. Brygidy zakończyliśmy zaraz za drzwiami wejściowymi, przy obowiązkowej kasie. Księdza prałata nie ma już od pewnego czasu wśród żywych, ale najwyraźniej jego duch unosi się pod sklepieniem świątyni. Żeby móc się pomodlić, trza uiścić opłatę – cóż, ołtarz z bursztynu ciągle niegotowy, a bardzo kosztowny, tworzony oczywiście na chwałę Boga.
Gdańsk pod względem ilości kościołów przypomina miasta włoskie: w którą stronę się obrócisz, z jakiegokolwiek domu bożego wyjdziesz, najdalej za drugim-trzecim rogiem dostrzeżesz kolejną wieżę. A dawny ich blask, w wielu przypadkach, mozolnie jest dziś przywracany. Katarzyna, Mikołaj, Jan wraz z paroma innymi walczą o przetrwanie, a Brygida o kolejne dziesięć kilo bursztynu.
*
Ubolewamy nad zamkniętym do odwołania Muzeum Narodowym. Do „kolekcji” niezobaczonych dzieł – Witkacego w Słupsku i Alte Meister Galerie w Dreźnie – dopisujemy Hansa Memlinga i innych. Choć to nie całkiem prawda, bo chcieliśmy – co oczywiste – spojrzeć na „Sąd Ostateczny” po trzyletniej przerwie, co niestety się nie udało. Udało się natomiast przed wiekami to, że raz jedna łajba napadła na drugą i zdobyła właśnie to cacko, a w wyniku miejskiego referendum postanowiono obrazu nie oddawać.
Dzieło Memlinga
tak mocno zrosło się z – niemieckim i polskim – Gdańskiem, że ani Ruscy, ani Niemcy nie poważyli się go nie oddać, choć zabrać – owszem. Pozostaje nam tym razem oglądanie tylko bladej kopii dzieła w kościele Mariackim.
logo
W którym zatrzymujemy się też nad miejscem spoczynku Pawła Adamowicza, tragicznie zmarłego w 2019 roku prezydenta Gdańska. Różne rzeczy mówią o nim ludzie mu nieprzychylni i zawistni, a ja nie mam wątpliwości, że – wzorem minionych stuleci – pochowanie go, Go, w świętym miejscu nie jest żadnym nadużyciem. Z osłupieniem odkryliśmy natomiast, że scena Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i przerażające na niej wydarzenia rozegrały się kilka zaledwie metrów od jednego z naszych ulubionych miejsc na przerwę kawowo-ciastkową, w bezpośrednim sąsiedztwie Złotej Bramy.
logo
Korzystając z kilku bezpłatnych godzin w muzeach, odwiedzamy Dwór Artusa, a następnie Ratusz, gdzie zatrzymujemy się nad biurkiem byłego prezydenta. Na pulpicie największe wrażenie robi gęsto zapisany kalendarz otwarty na tygodniu kończącym się feralną niedzielą 13 stycznia 2019. Interesująca jest ponadto sala „Znalezione na strychu”, eksponująca to, co nadal jest przedmiotem dyskusji w kwestii bycia lub nie eksponatem muzealnym. Wzruszamy się też, patrząc na przedmioty codziennego użytku pochodzące z pierwszej połowy minionego stulecia – wzruszamy tym bardziej, że wiele z nich rozpoznajemy jako nasze, na Śląsku tak dobrze znane. Zwiedzamy też dom Uphagena - wiernie zachowaną, zgodnie z życzeniem osiemnastowiecznego kupca, kamienicę. Wnętrza, które pracownikowi Muzeum Historii Katowic, którym jestem od ponad roku, muszą kojarzyć się z „macierzystą” kamienicą mieszczańską, tyle że z początku XX stulecia.
*
logo

Zrezygnowaliśmy z powtórnego odwiedzenia kilku miejsc: fortyfikacji Góry Gradowej, zawłaszczonych przez pewną opcję polityczną Westerplatte i Muzeum II Wojny Światowej, pominęliśmy także Teatr Szekspirowski (przed trzema laty z powodu deszczu ominęła nas atrakcja w postaci otwarcia dachu). Nie dotarliśmy do Wrzeszcza, ale ten przedeptaliśmy przy pierwszej bytności, wykonując obowiązkowe „ławeczkowe” fotografie z autorem i głównym bohaterem „Blaszanego bębenka”. Rusztowania uniemożliwiły natomiast kontemplację przepięknego głównego dworca kolejowego.
logo
Wróciliśmy natomiast
do Oliwy
- i to nawet dwukrotnie, choć Pachołka tym razem nie zdobywaliśmy. Najpierw na niekonwencjonalny spacer z przewodniczką śladami nie architektury, a mniej lub bardziej sławnych mieszkańców kiedyś samodzielnej miejscowości, a dziś dzielnicy Gdańska (skąd my to znamy: wielkie przekręty w miejskiej kasie doprowadziły do tego, że oliwianie postanowili stać się częścią sąsiedniego miasta) – spacer, co ciekawe, w sporej części ulicą Grottgera.
Nazajutrz zajechaliśmy tam raz jeszcze. Po to, by zajrzeć do oliwskiej katedry, podziwiać ołtarz inny i w innych barwach niż większość oraz wysłuchać dwudziestominutowego koncertu (czy gdzieś na świecie jakiś katedralny organista gra pierwszą część The Three Fates Keitha Emersona?), a następnie pospacerować zadbanym Parkiem Oliwskim, przy którym większość tych, które dane nam było oglądać za Zachodzie, może się schować.
logo
*
Sopot.
Opera Leśna. Wagner. Pugaczowa, Vondračkova. Niemen. Co jo godom, co jo godom… Przed trzema laty, u Bogusława Deptuły, czyli w Państwowej Galerii Sztuki, zachwyciliśmy się dorobkiem Jana Ciąglińskiego, nieznanego tzw. ogółowi impresjonisty, no właśnie: polskiego, rosyjskiego? Dorobek zapisał Polsce, ale tworzył w carskiej Rosji. W tym roku mieliśmy okazję zobaczyć złożone z dwóch części „Kolory przemian”, obszerny wybór dzieł z kolekcji Krzysztofa Musiała. Kolekcji imponującej rozmiarami i nazwiskami – jako laicy zastanawiamy się, jakich pieniędzy i kontaktów trzeba, by wejść w posiadanie prac Matejki, Wyspiańskiego, Boznańskiej, Makowskiego, Strzemińskiego, Nowosielskiego, Lebensteina i wielu, wielu innych.
Zaglądamy także do Muzeum Sopotu, które mieści się w willi Ernsta Claaszena. Szkoda, że poznajemy tam historię rodziny, natomiast niczego nie dowiadujemy się o losach samego budynku, który po drugiej wojnie nazywany był „bierutówką”.
*
Trójmiejską część urlopu kończymy wizytą
w gdyńskim Muzeum Emigracji.
Dożyliśmy takich czasów, że muzea to nie tyle przybytki, w których gromadzi się stare, cenne – takie czy inne – przedmioty, co miejsca prezentacji multimedialnych. W Gdyni eksponatów jest niewiele, za to materiału do frapującej opowieści ciągnącej się przez stulecia pod dostatkiem. Znakomity to pomysł, by w miejscu, gdzie kończy się Polska, gdzie ląd styka się z morzem, miejsce, z którego wielu naszych rodaków raz na zawsze opuszczało rodzinny kraj, stworzyć taką właśnie historię słowno-obrazkową. Jako Ślązacy odnotowujemy, z szacunkiem dla autorów, że nie pominięto nawet eksodusu ludności narodowości niemieckiej – z Górnego Śląska do Reichu – co było jednym z efektów porozumienia podpisanego przez Brandta i Cyrankiewicza w 1970 roku. Dla nas, ludzi urodzonych na początku lat 60., ostatnie sale są nie tyle przeszłością, co osobistym doświadczeniem.
logo
Powrót do centrum miasta, kolejkę na Kamienną Górę i nową porcję zdjęć, w tym pod wrześniowym sercem polskiego kina, czyli Teatrem Muzycznym, zostawiamy sobie na następną okazję.
*
Jedni tęsknią za Kresami, za Polską, której już nie ma, na przykład Wilnem czy Lwowem. Oboje z żoną jesteśmy polonistami – i wiemy skądinąd, że lwia część dzieł stanowiących o polskiej kulturze stworzona została albo właśnie tam, albo przez ludzi tam urodzonych (Miłosz i Konwicki to dwa ostatnie takie nazwiska), wiemy też, że w 1939 uciekinierzy przekraczali granicę polsko-rumuńską. Jednak we krwi mamy
śląskość,
a to oznacza, że chętniej niż na Wschód patrzymy w przeciwną stronę. Górny Śląsk, podzielony, w jednym miejscu polski, a tuż obok niemiecki, to były jeszcze w sierpniu 1939 zachodnie rubieże Rzeczpospolitej, w Mysłowicach mamy trójkąt trzech cesarzy, a tuż obok Katowic leży Sosnowiec. Pradziadkowie żony, mieszkający w Szombierkach, ponoć w każdy niedzielny ranek kłócili się, na którą mszę mają iść do kościoła: polską czy niemiecką. Z kolei moja babcia z Czechowic-Dziedzic, ilekroć ktoś plótł trzy-po-trzy, powiadała, że to „austriackie gadanie”. Do Niemiec, tych współczesnych, szczególnie mnie nie ciągnie, ale tam, gdzie korzenie albo mocne ślady starej, zjednoczonej wokół chrześcijańskich wartości Europy – zdecydowanie tak.
Tak czujemy, tak mamy. Toteż, jeśli tylko łaskawy los pozwoli, do miasta Oskara, Hansa Castorpa, Weisera Dawidka i Hanemanna znów się wybierzemy.
(Trójmiasto, 22-28 sierpnia)
logo