Cóż, mało oryginalna refleksja na temat piosenek życia powraca od czasu do czasu. Tym razem uruchomił ją przypadek. Lecz już nieprzypadkowo załadowałem do lufy dwie rockowe kule i wystrzeliłem dwukrotnie, raz po polsku, raz po angielsku.

REKLAMA
*
Nie lubię list przebojów, jakichkolwiek rankingów muzycznych. Kuriozalnym był pomysł w latach 70. stworzenia Trójkowej ligi wykonawców, w której co sobotę ogłaszano rezultaty kolejnej rundy rozgrywek: czy Niemen pokonał (głosami słuchaczy) Grupę I, a Rodowicz Woźniaka, czy też na odwrót? A jednak włożenie do odtwarzacza parę tygodni temu, nie nowej już w kolekcji, płytki w czerwonej okładce, udatnie naśladującej swą szatą edytorską wydawnictwo winylowe, oraz zakup – jak się ostatecznie okazało – w 2020 roku czterech albumów pewnego angielskiego tria znów uruchomiło we mnie refleksję na temat piosenek, utworów mojego życia. Takich usłyszanych w dzieciństwie, które wyzwoliły emocje nieostygłe do dziś.
Bez rozwadniania się, bez układania, która wyżej, która niżej: piosenek dwóch, po jednej tam i tu, zagranicznej i polskiej. Dwa strzały i koniec.
Zaczynam od „tu”, bo koszula bliższa ciału, emocji malca jakby więcej, a i upływ czasu brutalniej weryfikujący dawne doznania. Nie, nie będzie to Dziwny jest ten świat Niemena, choć to od niego zaczęło się wszystko, co ważne. Nie – czyżby był zbyt czarny, zbyt soulowy na moje formatujące się rockowe ucho? Nie będzie to też nic z repertuaru Skaldów ani Polan.
*
Długo nie mogłem pogodzić się z decyzją braci (starszych w metrykalnej i muzycznej wierze), wskutek której zamienili czerwoną pocztówkę z Białym krzyżem Czerwonych Gitar na białą, z niemal awangardowo zaznaczoną czarnymi liniami gwiazdą –
rzeszowskiego Blackout.
Lecz w swym sześcioletnim rozumku doszedłem przy którymś odsłuchaniu do wniosku, że Anna i Moje srebro to głos gitary podobają mi się, i to bardzo. Stan Borys, jeszcze jako Stanisław Guzek, śpiewał tęsknie „Wyjdź ot, tak, jak gdyby nigdy nic, jakbyś szła kupić chleb do sklepiku”. Drugi numer był już jednak rasowym kawałkiem bluesrockowym, ze świetnym riffem. Oraz tekstem, jeśli nie pierwszym, to jednym z pierwszych nad Wisłą i Wisłoką wkraczającym na poziom metajęzykowy, mówiącym o graniu i śpiewaniu: „Posłuchajcie piosnki mej/ Posłuchajcie, dla was przecież śpiewam/ Nie przechodźcie obojętnie tak (…) Nikt/ Czy nikt?/ Czy nikt z was już nie chce mej piosenki?/ Cóż mogę więcej dać wam/ Oprócz gitary strun/ Oprócz oddechu płuc mych słów, prostych, zwyczajnych” (cytuję za tekstowo.pl).
Zbiór pocztówek braci był maleńki, gdzież mu tam do Perfectowego wyznania
„każdy z nas ich pięćset miał”!
Starszy ze starszych braci, Grzegorz, esteta, mistrz kaligrafii i pisma technicznego, robił dla tych płytek okładki z białych albo szarych kopert. Jeśli skromne zasoby domowego archiwum pozwalały, wklejał jakieś zdjęcie wycięte z gazety i niezwykle starannym liternictwem tworzył opis: nazwę wykonawcy, tytuł pieśni, czas trwania (od czego był zegarek z sekundnikiem?). Na kopercie Blackoutów znalazło się zdjęcie grupy już pod nazwą Breakout wraz z artykułem wyciętym bodaj z „Kulis” informującym, jak świetny sprzęt zakupili sobie członkowie zespołu w czasie wojaży po Holandii.
A jakiś czas potem, pod pretekstem prezentu dla mnie – musiał to być styczeń 1970 - bracia nabyli pierwszą płytę grupy, nagraną w 1969 roku. Albumowa okładka, choć z miękką i pojedynczą jej pierwszą częścią (a nie jak zachodnie wydawnictwa, podwójną i tekturową w całości), robiła potężne wrażenie. Dominowała intensywna czerwień, na której zaznaczone były czarnym kolorem twarze muzyków. Dobrze mi znanych, bo przecież gdzieś tam migali na ekranie telewizora, pomimo – jak się wspomina – zakazów spowodowanych zbyt długimi włosami i barwnymi strojami (te były bardziej sferą domysłów w czarno-białej telewizji, a tylko czasem dostępne w nielicznej kolorowej prasie). Był fantastyczny filmik (później nazwano takie teledyskami) z piosenką, ku której nieuchronnie zmierzam, bardzo charakterystyczny dla tamtych lat: „raz na ludowo”. Kubasińska, jak na polską gospodynię przystało, karmiła kury, nabierała wody ze studni i suszyła na drewnianym płocie naczynia, a chłopaki, roześmiani, w wiatraku dowalali do muzycznego pieca.
Moim ulubieńcem był basista Michał Muzolf,
zarośnięty, czarnowłosy, z potężnymi bokobrodami,
chyba najbardziej przypominał mi, brzdącowi, zachodnich muzyków. Bardzo żałowałem, gdy dowiedziałem się, że niedługo potem rozstał się z zespołem – zastąpił go młodziak, niejaki Józef Skrzek. Muzolfa natomiast miałem radość widzieć w akcji w 1970 roku w wiślańskiej muszli koncertowej, stojącego wówczas na czele swojej polsko-holenderskiej formacji Hard Road, w której śpiewała jego niderlandzka małżonka, a na flecie fantastycznie grał były członek Niebiesko-Czarnych, Mirosław Polarek. Po koncercie zapolowaliśmy na autografy. Mój pięcioletni kuzyn na widok przepastnego osobowego kombi, wielkości dwóch syrenek 104, którym przyjechał zespół, zakrzyknął z zachwytem: „Kurde, ale auto!”. Słysząc te słowa, facet z obsługi technicznej roześmiał się serdecznie i rzekł: „W moich czasach młodzież nie używała takich słów! Dawaj kartkę, załatwię ci podpisy”.
Debiut płytowy Beakout, Na drugim brzegu tęczy, był potężnym krokiem w rozwoju mocnego grania w Polsce. Mówiło się, że skończył się big beat, zaczął rock – i jest w tym wiele prawdy. Wielokrotne pobyty w Holandii sprawiły, że Nalepa z koleżeństwem byli na bieżąco z tym, co działo się na Wyspach Brytyjskich, a i w samej Holandii ferment muzyczny był wtedy taki, że daj, Panie Boże, zdrowie – by wymienić tylko Focus, Ekseption, Livin’ Blues, Golden Earing czy Shocking Blue). Album pokochałem jako dzieciak i kocham do dziś. Narażę się wielu fanom, ale powiem, że właśnie z powodu niespotykanego później u Nalepy miksu rocka z bluesem, doprawionego jeszcze znakomitymi partiami saksofonu albo fletu Włodzimierza Nahornego, jest to w mojej ocenie Breakotów krążek najlepszy. W warstwie muzycznej, w aranżacjach dzieje się tam całe mnóstwo, znacznie więcej niż w późniejszych, surowych płytach bluesowych. Nawet niewybitny, nosowy wokal frontmanki jest do przyjęcia.
I mimo iż z czasem odkryłem, że ówczesny superprzebój kapeli

Gdybyś kochał, hej
jest kalką genialnego Hey Joe Hendriksa, choć po ówczesnych poruszeniach serca do dzisiaj zostało tylko małe co-nieco, to jednak pamiętam, że gitarowe intro lidera i zaraz potem uderzenie całej kapeli, warkocze rozkołysanej Miry Kubasińskiej śpiewającej „Może bym ci darowała, może pokochałabym” przenosiły mnie w inny wymiar. To właśnie przy tej piosence doznawałem pierwszych muzycznych, za przeproszeniem, orgazmów: była dostatecznie prosta, melodyjna, by przemówić do szerokich rzesz słuchaczy, w tym i do mnie, i dostatecznie hałaśliwa, by poczuć powiew Zachodu. Nasi rodacy wyglądali równie kolorowo jak dzieci-kwiaty i potrafili grać równie mocno. I dobrze, po prostu.
Kończyły się lata 60., wkraczaliśmy w kolejną dekadę.
*
Link do klipu:
https://youtu.be/xzmo8FglnLs