
Może creamowski szczyt urósł jeszcze wyżej właśnie dlatego, że przez lata skradałem się wokół ich dorobku, nie potrafiąc dobrać się doń całego? Ot, obrazek peerelowskiej przaśności, dziadostwa, pustych półek sklepowych i niedostępności dóbr zachodnich.
REKLAMA
*
Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Nie będą to więc ani The Beatles, ani The Rolling Stones, choć obie kapele obecne były w pocztówkowym zestawie, a – przede wszystkim – były, są i będą ze mną zawsze. Nie będą to też Amerykanie. Ani Dylan, choć około roku 1970 pojawił się czechosłowacki, Supraphonowski składak z jego nagraniami, ani Hendrix czy Doors – przez wiele lat wielcy nieobecni w rodzinnym domu.
Wracam do Europy, a konkretnie – cóż za zaskoczenie – do Wielkiej Brytanii. Skoro nie spółka Lennon-McCartney, skoro nie Glimmer Twins, to co? Nie będę w tym miejscu dociekał, dlaczego jest mi to
Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Nie będą to więc ani The Beatles, ani The Rolling Stones, choć obie kapele obecne były w pocztówkowym zestawie, a – przede wszystkim – były, są i będą ze mną zawsze. Nie będą to też Amerykanie. Ani Dylan, choć około roku 1970 pojawił się czechosłowacki, Supraphonowski składak z jego nagraniami, ani Hendrix czy Doors – przez wiele lat wielcy nieobecni w rodzinnym domu.
Wracam do Europy, a konkretnie – cóż za zaskoczenie – do Wielkiej Brytanii. Skoro nie spółka Lennon-McCartney, skoro nie Glimmer Twins, to co? Nie będę w tym miejscu dociekał, dlaczego jest mi to
trio znacznie bliższe niż Jimi Hendrix Experience.
Chodzi oczywiście o The Cream, wzorzec z Sèvres tak niedościgły, jak przez wiele lat nieosiągalne dla mnie były ich nagrania w jakiejkolwiek zwartej formie. Może creamowski szczyt urósł jeszcze wyżej właśnie dlatego, że przez lata skradałem się wokół ich dorobku, nie potrafiąc dobrać się doń całego? Ot, obrazek peerelowskiej przaśności, dziadostwa, pustych półek sklepowych i niedostępności dóbr zachodnich. Najpierw jakieś pojedyncze kawałki na szpuli, od czasu do czasu większa porcja usłyszana w radiu, wciąż jednak bez rejestracji na taśmie magnetofonowej, nie mówiąc już o płytach. A przecież w tym przypadku nie chodziło o to, by gonić króliczka, oj - nie.
Clapton natomiast, zupełnie na odwrót, coraz bardziej rozgoszczony był w domowej płytotece. Puzzlowa układanka przez lata wypełniała się coraz szczelniej: John Mayall’s Bluesbreakers, Blind Faith, Derek and The Dominoes, solowe dokonania, płyta z J.J. Cale’em, odwołany koncert w Spodku w 1979 roku, obejrzane koncerty w Łodzi i Oświęcimiu, polski winyl Journeyman, a w ubiegłym roku Slowhand. I jednocześnie - muszę powtórzyć, choć wstyd to wielki, największy fana i zbieracza - ciągle brakowało mi wspólnych płyt Bruce’a, Bakera i Claptona: najlepszy sposób, by jeszcze bardziej zmitologizować ich wspólne dzieła. W większości znane, ale nieutrwalone, nieprzetrawione poprzez wielokrotną lekturę. Niezmiennie wielbione, od kilkudziesięciu już lat.
Nie zawsze dysponowany finansowo, niechętny zakupom w formie wysyłkowej, dopiero niecałe dziesięć lat temu dopadłem ich składak, Gold, wypasiony, dwupłytowy – i wreszcie mogłem nasłuchać się do woli. Tyle że składak, nawet najlepszy, nie zastąpi płyt katalogowych. Gdzieś po drodze nabyłem wzruszający, dwupłytowy koncert z 2005 roku reaktywowanej okazyjnie kapeli. Aż wreszcie przyszedł kowidowy rok 2020, w którym najpierw w wersji CD nabyłem Fresh Cream, a zaraz potem Disraeli Gears, natomiast w grudniu nie wypuściłem z rąk winylowych wersji Goodbye, a kilka dni później Wheels Of Fire. Radość kolekcjonera była już więc wreszcie prawie pełna. Prawie, bo zostały jeszcze dwie części Live. Z lutową odsieczą przyszła pewna sieć handlowa. Wizyty w paru sklepach zostały uwieńczone pełnym powodzeniem.
*
Wszystko swój początek bierze z
Clapton natomiast, zupełnie na odwrót, coraz bardziej rozgoszczony był w domowej płytotece. Puzzlowa układanka przez lata wypełniała się coraz szczelniej: John Mayall’s Bluesbreakers, Blind Faith, Derek and The Dominoes, solowe dokonania, płyta z J.J. Cale’em, odwołany koncert w Spodku w 1979 roku, obejrzane koncerty w Łodzi i Oświęcimiu, polski winyl Journeyman, a w ubiegłym roku Slowhand. I jednocześnie - muszę powtórzyć, choć wstyd to wielki, największy fana i zbieracza - ciągle brakowało mi wspólnych płyt Bruce’a, Bakera i Claptona: najlepszy sposób, by jeszcze bardziej zmitologizować ich wspólne dzieła. W większości znane, ale nieutrwalone, nieprzetrawione poprzez wielokrotną lekturę. Niezmiennie wielbione, od kilkudziesięciu już lat.
Nie zawsze dysponowany finansowo, niechętny zakupom w formie wysyłkowej, dopiero niecałe dziesięć lat temu dopadłem ich składak, Gold, wypasiony, dwupłytowy – i wreszcie mogłem nasłuchać się do woli. Tyle że składak, nawet najlepszy, nie zastąpi płyt katalogowych. Gdzieś po drodze nabyłem wzruszający, dwupłytowy koncert z 2005 roku reaktywowanej okazyjnie kapeli. Aż wreszcie przyszedł kowidowy rok 2020, w którym najpierw w wersji CD nabyłem Fresh Cream, a zaraz potem Disraeli Gears, natomiast w grudniu nie wypuściłem z rąk winylowych wersji Goodbye, a kilka dni później Wheels Of Fire. Radość kolekcjonera była już więc wreszcie prawie pełna. Prawie, bo zostały jeszcze dwie części Live. Z lutową odsieczą przyszła pewna sieć handlowa. Wizyty w paru sklepach zostały uwieńczone pełnym powodzeniem.
*
Wszystko swój początek bierze z
ostatniej pocztówki
moich braci, kupionej najprawdopodobniej w 1970 roku. Była w kolorze brudnego różu, a drugą na niej piosenkę stanowił kawałek No Milk Today Herman’s Hermits („wydawcy” często tak robili – do wielkiego przeboju doklejali coś znacznie mniej istotnego). Zaczynała się natomiast ta pocztówka od – no właśnie – Badge, wspólnej roboty Claptona i Harrisona, choć w opisie na krążku Goodbye nie ma nic o Beatlesie. Pod kompozycją podpisany jest sam E.C., zaś Harrison dopisany jest tylko do zestawu muzyków: ze względów kontraktowych ukryty pod pseudonimem L’Angelo Misterioso.
Badge to piosenka, a takich w repertuarze Cream nie było wiele. Utrzymana w średnim tempie, pewnie stałaby się jednym z wielu ukochanych przeze mnie kawałków rockowych, gdyby nie ten fragment, który ją w uszach braci i moich
Badge to piosenka, a takich w repertuarze Cream nie było wiele. Utrzymana w średnim tempie, pewnie stałaby się jednym z wielu ukochanych przeze mnie kawałków rockowych, gdyby nie ten fragment, który ją w uszach braci i moich
uczynił królową, kanonizował,
wyniósł na wzgórze najwyższe wśród gitarowych zagrywek, tym wyższe, że olśniewające wejście Pana Erica zagrane jest raz tylko, jeden jedyny. Mistrz sześciu strun, bóg gitary postąpił zupełnie inaczej niż wielu jego następców: riffową perłę spod swoich palców wypuścił tylko raz, a jeśli słuchacz pragnął się nią jeszcze podelektować, nasycić, musiał ponownie odtworzyć nagranie. W późniejszych, zarejestrowanych wersjach tego przeboju Clapton z rzadka odstępował od tej reguły: dubel zdarzył się na One More Car, One More Rider, zdarzył się w edycji Crossroads A.D. 2019. Inaczej niż w przypadku utworu Gdybyś kochał, hej, przy słuchaniu którego mam niejakie trudności z przywołaniem największych wzruszeń dzieciaka – tu ciarki przebiegały mi przez plecy, gdy byłem siedmiolatkiem, i ciary mam dziś, choć mój kręgosłup nadszarpnięty już nieco zębem czasu. Jest w tym też zasługa użytego przez Claptona przetwornika dźwięku – brzmienie gitary jest w tym momencie bardzo elektryczne i elektryzujące.
A toż to nie wszystko w tym niespełna trzyminutowym utworze! Owo fantastyczne wejście otwiera przestrzeń wiodącą do finału, którego rodzaj na swój użytek nazywam „never ending”. Czy się mylę – że wszystko w tej kwestii zaczyna się od Beatles i Hey Jude? Ten element jest jeszcze jednym dowodem na silne związki obu grup, wynikające nie tylko z przyjaźni Claptona i Harrisona, której nie zniszczyła miłość do tej samej kobiety i która trwała aż do śmierci tego drugiego. Cream nie byli więc pierwsi w stworzeniu
A toż to nie wszystko w tym niespełna trzyminutowym utworze! Owo fantastyczne wejście otwiera przestrzeń wiodącą do finału, którego rodzaj na swój użytek nazywam „never ending”. Czy się mylę – że wszystko w tej kwestii zaczyna się od Beatles i Hey Jude? Ten element jest jeszcze jednym dowodem na silne związki obu grup, wynikające nie tylko z przyjaźni Claptona i Harrisona, której nie zniszczyła miłość do tej samej kobiety i która trwała aż do śmierci tego drugiego. Cream nie byli więc pierwsi w stworzeniu
zapętlającego się motywu,
który, zwłaszcza w wydaniu na żywo, można by grać i grać, i grać… - jak rockową mantrę, doprowadzając słuchaczy do ekstazy. Jest w historii rocka trochę takich numerów, chętnie przez wykonawców zachowywanych na koniec koncertów: temperatura osiągana w takich chwilach jest nie do utrzymania, pozostaje więc jedynie zejść ze sceny. Niestety, w wykonaniu Creamów mamy „tylko” wersję studyjną, możemy sobie próbować wyobrazić, jak trzech genialnych, rozpędzonych instrumentalistów mogłoby rozwinąć temat, mając przed sobą rozpaloną do białości publiczność.
Gdy Cream rejestrowali Badge, światło dzienne ujrzał singiel z nagraniem, w którym Joe Cocker, wspomagany m.in. przez Jimmy’ego Page’a, reinterpretuje Beatlesowskie With A Little Help From My Friends. Ogień i żar zachwycił wykonawców oryginału, a o dziesięć miesięcy późniejsza jego wersja live stała się jedną z ikon festiwalu w Woodstock. I z pewnością sprowokowała wielu muzyków do prób napisania podobnie zbudowanych utworów.
Cream w swym nieobszernym dorobku wielokrotnie cytowali Beatlesów, oddawali im hołd. Jednak gdyby nie Cream, nie byłoby Led Zeppelin. Gdyby nie koncertowa wersja Spoonful, nie byłoby koncertowych odjazdów Ten Years After, nie byłoby Dazed And Confused. A gdyby nie było Led Zeppelin… Cream jako pierwsi grali rocka, przekraczając wszelkie dotychczasowe granice. Powiada się czasem, że Clapton dlatego był tak doskonały, że nie miał wyjścia – jako bluesman, rockman musiał nadążyć za dwoma jazzmanami, Jackiem Bruce’em i Gingerem Bakerem (dziś już, niestety, nieżyjącymi). Tak lub nie, dość, że wszyscy trzej byli wirtuozami swoich instrumentów. Jeśli potem objawiały się światu następne podobne składy, zawsze przyrównywano je do tego tria. Niczego bardziej szalonego na styku bluesa i rocka już nigdy potem nie wymyślono, czasem tylko równano do ideału. Zaś Bagde to najpiękniejsza gitarowa odznaka, jaką noszę i nosił będę w sercu do końca swoich dni.
Gdy Cream rejestrowali Badge, światło dzienne ujrzał singiel z nagraniem, w którym Joe Cocker, wspomagany m.in. przez Jimmy’ego Page’a, reinterpretuje Beatlesowskie With A Little Help From My Friends. Ogień i żar zachwycił wykonawców oryginału, a o dziesięć miesięcy późniejsza jego wersja live stała się jedną z ikon festiwalu w Woodstock. I z pewnością sprowokowała wielu muzyków do prób napisania podobnie zbudowanych utworów.
Cream w swym nieobszernym dorobku wielokrotnie cytowali Beatlesów, oddawali im hołd. Jednak gdyby nie Cream, nie byłoby Led Zeppelin. Gdyby nie koncertowa wersja Spoonful, nie byłoby koncertowych odjazdów Ten Years After, nie byłoby Dazed And Confused. A gdyby nie było Led Zeppelin… Cream jako pierwsi grali rocka, przekraczając wszelkie dotychczasowe granice. Powiada się czasem, że Clapton dlatego był tak doskonały, że nie miał wyjścia – jako bluesman, rockman musiał nadążyć za dwoma jazzmanami, Jackiem Bruce’em i Gingerem Bakerem (dziś już, niestety, nieżyjącymi). Tak lub nie, dość, że wszyscy trzej byli wirtuozami swoich instrumentów. Jeśli potem objawiały się światu następne podobne składy, zawsze przyrównywano je do tego tria. Niczego bardziej szalonego na styku bluesa i rocka już nigdy potem nie wymyślono, czasem tylko równano do ideału. Zaś Bagde to najpiękniejsza gitarowa odznaka, jaką noszę i nosił będę w sercu do końca swoich dni.
