W tym okropnym dziesięcioleciu, gdy plastikowe brzmienia opanowały radiostacje i zawładnęły listami przebojów, The Smiths – obok U2 – jawili mi się jako ci, którzy na Starym Kontynencie niosą przez ten czas kaganek czy wręcz ogień rokendrola.

REKLAMA
*
Wciąż rzadko posiłkuję się zakupami w formie wysyłkowej. Odbiera to przyjemność przebierania palcami i wzrokiem pomiędzy regałami i płytami, pozbawia też elementu zaskoczenia. Jednak jako kowidzianin od ponad już roku, cierpiąc m.in. z powodu zamkniętych sklepów określonej branży, częściej ostatnio szperam w internecie, zwłaszcza gdy przypomnę sobie o płytach, których od lat próżno szukać w sprzedaży „analogowej”.
Czekam więc z rosnącym utęsknieniem na pewną przesyłkę z Albionu, za którą uiściłem opłatę jeszcze w lutym, a ostatnio, słuchając z dużą przyjemnością dwóch albumów Rival Sons, pogrzebałem w zasobach shopów scyfryzowanych. W dzieciństwie, gdy dopadała mnie choroba, z mamą szedłem najpierw do lekarza, a potem z receptą do apteki. W kasie medykamentowego przybytku przy Alei Rewolucji Październikowej w Tychach (dziś Alei Niepodległości), w pobliżu skrzyżowania z ulicą Dzierżyńskiego (obecnie Grota-Roweckiego), można było dorzucić do zakupionych lekarstw jakąś książeczkę. Na otarcie łez moja rodzicielka kupowała więc coś z serii „Poczytaj mi, mamo”. Teraz, w dzień po pierwszym zaszczepieniu się, otrzymałem przesyłkę z trzema płytami. Pierwsza z nich to nigdy niewidziana przeze mnie w sklepach, a taniutka koncertówka
The Smiths: Rank (1988),
piąta ich płyta, a pierwsza zawierająca materiał zarejestrowany na żywo, wydana już po rozwiązaniu zespołu. Zachwyciła mnie wtedy, czyniąc poniewczasie wielkim fanem kapeli. W tym okropnym dziesięcioleciu, gdy plastikowe brzmienia opanowały radiostacje i zawładnęły listami przebojów, The Smiths – obok U2 – jawili mi się jako ci, którzy na Starym Kontynencie niosą przez ten czas kaganek czy wręcz ogień rokendrola, którzy dowodzą, że gitarowe granie nie umarło.
Ale, ale… Nie było takie oczywiste polubić lub wręcz pokochać kwartet z Manchesteru. Powodów było co najmniej kilka: takie gitarowe granie, jeśli nawiązywało do tradycji, to z pewnością nie bluesa i hard rocka. Raczej merseybeatu, miało też coś z postpunka, a grę Johnny’ego Marra porównywano czasem do sposobu obsługi sześciu strun przez Rogera McGuinna z The Byrds. Cechą charakterystyczną Kowali był oczywiście wokal Morrisseya – jak zawsze w przypadku głosów nieoczywistych (Ion Anderson, Geddy Lee, Sting), mający zwolenników i przeciwników. To było, co istotne, śpiewanie właściwie od pierwszej do ostatniej sekundy utworu, a właściwie, nie bójmy się tego słowa, piosenki. Grzegorz Ciechowski, gdzieś na etapie formowania się Republiki, miał podobno zadysponować: „Żadnych solówek!” - u The Smiths było podobnie. A mimo to nie da się powiedzieć, że frontman, najstarszy, jedyny mający przekroczone dwadzieścia lat w chwili powstania grupy, nie dał pograć kolegom, zdominował barwą głosu oraz gęstością i ilością tekstu brzmienie kapeli. Do tego stopnia nie, że Marr swoją grą zwrócił uwagę tak słuchaczy, jak krytyków i muzyków, a po odejściu z macierzystej kapeli współpracował z wieloma tuzami rocka, by wspomnieć tylko Bryana Ferry’ego czy Talking Heads.
W ostatnich kilkunastu miesiącach udało mi się skompletować podstawową dyskografię The Smiths. Jeszcze w latach 80. nasz Tonpress wydał ich debiut, a nieco później The Queen Is Dead – i to był mój początek poważniejszej znajomości z dorobkiem Anglików. Jakiś czas temu zakupiłem wspaniały box z materiałem dotyczącym drugiego z wymienionych, a kilka miesięcy temu, na winylach, uzupełniłem wreszcie studyjną część dyskografii. Słuchając teraz, po latach przerwy, Rank, uświadamiam sobie źródło dawnych, ale i obecnych zachwytów. Do atutów w postaci doskonałego materiału dochodzi jeszcze moc grania na żywo, moc zwiększona obecnością piątego człowieka na scenie i drugiego gitarzysty, Craiga Gannona. Brzmienie kapeli, choć nadal surowe, stało się pełniejsze.
Wielka szkoda, że historia The Smiths urywa się w tym miejscu. Gdyby przetrwali, dziś byliby – jestem przekonany – instytucją, zespołem zapełniającym jeśli nie stadiony, to duże hale. Czas w tym przypadku jednak nie uleczył ran, różnej maści animozje są – chyba nadal – tak wielkie, że trudno sobie wyobrazić nawet jeden wspólny występ. Nie zmienia to jednak faktu, że byli najważniejszą niezależną formacją tamtej dekady, która odniosła wielki komercyjny sukces. Grupą, która nagrywała dla małej wytwórni Rough Trade, a wywarła olbrzymi wpływ na wielu wykonawców, m.in. na Oasis, Stone Roses czy Libertines.
Los oszczędził mi przed laty wrażeń związanych z koncertem Morrisseya w Krakowie. Nie wybrałem się, a potem przeczytałem, że wokalista zszedł po półgodzinie ze sceny. Gdybym tego doświadczył, nie wybaczyłbym. A tak spokojnie mogę zachwycać się płytami The Smiths i szczególną atencją darzyć Rank.