Z pierwszym fragmentem dorobku Esbjörn Svensson Trio – "Live In Hamburg" (2007) – zapoznałem się, gdy historia zespołu była już zamknięta. Pianista i lider utonął w 2008 roku podczas nurkowania, mając zaledwie czterdzieści cztery lata.

REKLAMA
Nagła śmierć przerwała świetnie rozwijającą się karierę, przynajmniej gdy mowa o Europie. Jako przedstawiciel pokolenia analogowego nigdy nie miałem w sobie imperatywu natychmiastowego „sprawdzania w necie”, więc najpierw zachwyciłem się materiałem muzycznym, a dopiero potem wyczytałem to, o czym wspominam wyżej.
E.S.T. to kilkanaście lat intensywnej działalności. Klasyczne jazzowe trio: fortepian, bas i perkusja. Tym, co ujęło mnie od pierwszego razu i trzyma do dziś, jest z pewnością pomieszanie gatunków, a nie trwanie przy wydestylowanej jazzowej formie. Raz po raz płyną ku nam wielkiej urody melodie albo blues rozpisany na niebanalne instrumentarium i równie niebanalny aranż, zdarzają się nawet loopy przynależne bardziej trip hopowi, a czasem wręcz rokendrolowa dynamika, na którą – co słychać we wspomnianym albumie – publiczność reaguje z entuzjazmem.
Jako rockfan od lat próżno próbuję, w oślej ławce, odrobić stracony czas, czas nie do odrobienia – by ogarnąć choć w przybliżeniu to, co działo się w jazzie, zwłaszcza od połowy lat 50. Obok mało oryginalnych zachwytów nad Coltrane’em, Davisem czy Mahavishnu Orchestra, odnalazłem też w sobie fascynację formą najprostszą, wydestylowaną, tak chętnie uprawianą do dziś w Polsce i Skandynawii. (Bobo Stenson Trio, Tord Gustavsen Trio, Możdżer-Danielsson-Fresco, Simply Acoustic Trio (czyli obecne Marcin Wasilewski Trio, RGG). Płyty E.S.T. są bardzo trudne do namierzenia na polskich półkach sklepowych, z Amazona więc ściągnąłem ostatnio dwa ich krążki, Strange Place For Snow (2002) i Viaticum (2005), za bardzo przyjazne zresztą pieniądze. Obie potwierdzają tylko moje dotychczasowe wrażenia. I na nowo wzbudzają żal, że śmierć przedwcześnie potrafi zabrać ludzi utalentowanych i o dużej wrażliwości.