Steven Wilson w rozmowie z „Teraz Rockiem” wieszczy koniec gitary, ale wierzę głęboko, że się myli. Pewnych ludzkich emocji nie da się wypitolić na komputerkach, gitara i niepokorny wokal są wciąż najlepszym uwolnieniem nadmiaru energii. Tak grających, jak słuchających.

REKLAMA
*
Po raz enty odwołam się do swojej metryki: nigdy nie będzie dla mnie oczywiste, że Polska stała się częścią normalnego świata, postrzegam to jako wielkie dobro i wartość, o którą powinniśmy dbać, by jej z tych czy innych powodów nie utracić.
Ze Szwajcarii nadeszła przesyłka zawierająca przedostatnią płytę Rival Sons. Lektura albumu Hollow Bones (2016) sprowokowała mnie do tak naprawdę – przyznaję – pierwszego uważnego i wielokrotnego przestudiowania pełnowymiarowego debiutu Grety Van Fleet. Płyty, którą po jednym czy dwóch przesłuchaniach rozczarowany odłożyłem kiedyś na półkę. Teraz postanowiłem się upewnić co do wrażeń lub je zweryfikować, że świat niesprawiedliwie nagrodził kopistów, wciąż nie doceniając jak należy kwartetu z Long Beach. Teraz nie mam już tej pewności, bowiem materiał na Anthem of The Peaceful Army (2018) jest całkiem niezły. Jeśli coś stanowi ewidentną przewagę Rival Sons, to fakt, iż Greta kojarzy się nieodparcie z jednymi tylko gigantami sprzed lat, a to za sprawą nie tylko zbyt często forsownego wokalu, ale i całej reszty, zaś ci pierwsi, też po uszy zanurzeni w przeszłości, czerpią nie tak bezczelnie, choć ich utwory również zgrabnie ulepione są z tego, co tak dobrze znamy przede wszystkim z lat 70. Doceniam wokal Jaya Buchanana, oszczędniejszy niż u Kiszki w środkach wyrazu, a jeśli miałbym wskazać barwowe podobieństwo, to – tak samo jak z Joshem Kiszką kojarzącym się z Robertem Plantem – mowa o najwyższej półce: głosie Free i Bad Company, Paulu Rodgersie. Doceniam też gitarę Scotta Holidaya, jej brzmienie jest nieco inne od większości tego, co znamy, a wypracowanie dziś znaku rozpoznawczego to już spora zaleta. Steven Wilson w rozmowie z „Teraz Rockiem” wieszczy koniec gitary, ale wierzę głęboko, że się myli. Pewnych ludzkich emocji nie da się wypitolić na komputerkach, gitara i niepokorny wokal są wciąż najlepszym uwolnieniem nadmiaru energii. Tak grających, jak słuchających.
W moim osobistym rankingu wygrywają póki co ci trochę starsi, Rival Sons, myślę, że w ich graniu dzieje się więcej. Ale Kiszki z Wagnerem są ciągle na początku drogi – i być może wcale nie takiej krótkiej, jak wydawało mi się podczas słuchania bardzo udanego skądinąd From The Fires, właśnie wydali nowy album. RS grali w warszawskiej Stodole w lutym 2019 roku. Gdybym wiedział trochę wcześniej, kiedy był czas kupowania biletów, że od marca tamtego roku poprawi się moja sytuacja zawodowa, a więc i stan finansów, byłbym tam wtedy. Teraz pozostaje liczyć na to, że pandemia kiedyś minie, wrócą koncerty – i Rival Sons do Polski.