Bob Dylan, klasyk nad klasykami pop music, jeden z największych artystów drugiej połowy dwudziestego wieku, noblista, kończy dziś osiemdziesiąt lat.

REKLAMA
*
Wspominałem już nie raz, jak bardzo fascynuje mnie to, iż jest pewna grupa wykonawców, na których wychowywałem się muzycznie, pierwsze lekcje pobierając około pół wieku temu, a którzy są aktywni do dzisiaj i wciąż nagrywają znaczące płyty. Jako stary zgred mam wątpliwości, czy z obecnie powstającego grania pozostanie za kilka dziesięcioleci równie wiele i czy będą tacy, którzy ważni są dzisiaj – i ważni będą kiedyś tam, gdy mnie już dawno nie będzie. Cóż, pewnie znajdzie się ich trochę – bo koło historii toczy się bezustannie – ale nie są to – i tym bardziej nie będą – „moi” wykonawcy.
Garstka najlepszych, bo tylko takich tu trzeba, trwa, działa, komponuje i nagrywa od wielu, wielu już lat. Część z nich jest szczególnie mi bliska – to właśnie ci, których dorobek, choćby tylko w niewielkim wymiarze – dane mi było poznawać na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. W tym miejscu taka refleksja: jakże trudno im dziś, gigantom, zbliżyć się siłą rażenia nowych nagrań do dawnych kawałków. Właśnie, siłą rażenia, nie zaś jakością, klasą kompozycji. Bo wciąż udaje się im nagrywać utwory wielkie, cóż jednak z tego, skoro tamte, klasyczne, wryły się w pamięć, zapisały na twardych dyskach - w głowach - dawno temu, utrwalając się w trakcie niezliczonej ilości odsłuchań. Kiedyś wszystko było pierwsze, albumów ukazywało się mniej, i – choć zwykle dany wykonawca nagrywał kolejne longplaye częściej niż dziś - był czas, by się w nich rozsmakować. Obecnie jesteśmy zalewani wszelkiego rodzaju informacjami, także – bezlikiem wyrobów muzycznych. Rzeczy istotne z trudem, bywa, przebijają się przez gąszcz tego entertaintmentu, ledwie się ukażą, a już muszą ustępować pola kolejnym nowościom. Świetne kompozycje, na przykład Stonesów z albumu Bigger Bang czy Neila Younga z Colorado, stają właściwie natychmiast na straconej pozycji: są młodsze o kilkadziesiąt lat od tych najsłynniejszych, bez szans na równie mocne utrwalenie się w głowach i sercach słuchaczy, czyli – w konsekwencji – na ich właściwe docenienie.
A jednak zdarza się szarżować, nie bać się wygłaszać peanów na cześć świeżych publikacji. Piotr Metz stwierdził niedawno, że Rough And Rowdy Ways to jeden z najwybitniejszych albumów w całym dorobku Boba Dylana. Mogę tylko skromnie podpisać się pod tą opinią, myślę bowiem tak samo. Z całym szeregiem zastrzeżeń, bo gdzie mi tam do Pana Piotra, jego wiedzy, rozmiarów muzycznego spectrum czy znajomości języka.
Filip Łobodziński z kolei (na spotkaniu w katowickim „Kosmosie” z okazji wydania tomu jego tłumaczeń tekstów BD) stwierdził parę lat temu, że Dylan nigdy wcześniej nie miał tak znakomitego zespołu. Żałuję, że brakło mi refleksu, by zapytać:
- A The Band?! A Grateful Dead?!
Jednak, i tym razem, w gruncie rzeczy czuję tak samo. Muzyka Dylana złagodniała, stała się bardziej stonowana, wyciszona. Wycyzelowana w każdym szczególe. W połączeniu z coraz bliższą melodeklamacji wokalizą lidera daje to znakomity efekt.
Urzekł mnie ten gość dawno temu, bodaj z końcem lat 60., gdy moi bracia – rujnując swoje budżety – zakupili za, jeśli mnie pamięć nie myli, 120 zł (przy cenach polskich płyt 80, a potem 65 zł) składak jego nagrań wydany przez czechosłowacki Supraphon. Jeden z braci wspominał co prawda niedawno, że pierwsze wrażenia miał nietęgie: „Ten facet nie śpiewa, raczej kwacze jak kaczka”. Dopiero po kilku razach piosenki zaczęły wchodzić do głów…
Z mojej nie wyszły nigdy i – choć w wieku dwunastu lat stwierdziłem autorytatywnie przed szkolnymi kolegami, że ABBA to najlepszy zespół na świecie – w 1978 urzekł mnie Slow Train Coming, a przy Time Out of Mind zakochałem się w artyście dozgonnie, miłością bardzo już dorosłą i rozumną.
Z roześmianą gębą oglądałem całkiem niedawno film Martina Scorsesego dokumentujący trasę artysty po USA w połowie lat 70., z urokliwymi przebitkami nakręconymi teraz. Cherubinkowy kiedyś muzyk dziś jest wciąż przystojnym mężczyzną, choć w dużej już sile wieku (przy okazji: rewelacyjnie, bez botoksu, wyglądała też Joan Baez). Gdy po obejrzeniu filmu puściłem sobie Desire, poczułem się znokautowany.
I tak samo jest, od pierwszego włożenia do szufladki, z najnowszym, dwupłytowym dziełem mistrza: uśmiech szczęścia i uwielbienia nie znika z mojej twarzy. Proszę o wybaczenie, ale kwestie bezmiaru tropów literackich, nurzanie się w historii Stanów Zjednoczonych, literatury i muzyki pozostawiam mądrzejszym od siebie, a w Polsce jest co najmniej kilku świetnych dylanologów.
*
Robert Zimmerman kończy dziś osiemdziesiąt lat. Pewnie niczym nas już nie zaskoczy – pomijając drobny szczegół, jakim będzie niezmiennie najwyższa jakość kolejnych (oby!) nagrań. Czyżby to było takie oczywiste, w tym wieku i po tylu znakomitych płytach, nagrywanych przez sześć już dekad?