
Z czterech najtwardszych toczących się rokendrolowych kamieni jeden odbił w sobie tylko znanym kierunku. Ten, który – to słowa Glenna Matlocka z Sex Pistols - „utrzymywał rytm do ścieżki dźwiękowej naszego życia".
REKLAMA
*
Przed blisko pięcioma laty, w grudniu 2016 roku, dzieląc się swoimi wrażeniami po obejrzeniu dokumentu Ole! Ole! Ole! napisałem m.in. „Patrząc (...) na te cztery - chyba nie tylko moje? - najukochańsze gęby rokendrola, na te twarze bezlitośnie poorane nie tylko upływem czasu, w oczy nadal gotowych na szaloną zabawę nastolatków, pomyślałem sobie: „O rany, ledwie wyskoczyłem z pieluch, gdy w moim domu zaczęła rozbrzmiewać ich muzyka, poszedłem do szkół, wkroczyłem w tzw. dorosłość, ożeniłem się, urodzili się moi synowie – dziś już dorosłe chłopy, zacząłem się starzeć, siwieć i łysieć, a oni ciągle grają!”. Przyszło mi do głowy, że ja będę umierał, a oni szykować się będą do następnej trasy koncertowej”. Bo chyba większość z nas patrzyła na Stonesów jak na coś niezniszczalnego, zawieszonego ponad czasem. 24 dnia sierpnia celnie uchwyciła to Joan Armatrading, która napisała: "któż by przypuszczał, że którykolwiek z muzyków The Rolling Stones umrze".
*
Beatles, Rolling Stones i Led Zeppelin, Cream i Doors, no i Hendrix. Oczywiście, to ryzykowny i karkołomny, pełen brawury skrót: zabieram ich płyty na bezludną wyspę i nic więcej mi nie trzeba. Ci wykonawcy mnie sformatowali muzycznie, prawie wszystko inne, czego szukałem i szukam w rockowych nutach, zrodziło się na kształt i podobieństwo wymienionych.
Beatles, Rolling Stones i Led Zeppelin, Cream i Doors, no i Hendrix. Oczywiście, to ryzykowny i karkołomny, pełen brawury skrót: zabieram ich płyty na bezludną wyspę i nic więcej mi nie trzeba. Ci wykonawcy mnie sformatowali muzycznie, prawie wszystko inne, czego szukałem i szukam w rockowych nutach, zrodziło się na kształt i podobieństwo wymienionych.
*
Stones z racji długowieczności to największa muzyczna góra mojego życia, nikogo i niczego nie da się z nimi porównać. Na pewno więc także nie Briana Maya i Rogera Taylora, którzy od czasu do czasu wskrzeszają nazwę Queen. Zmarły przed kilkoma dniami Charlie Watts to definicja mistrza drugiego planu - Stewart Copeland określił go „cichym olbrzymem". Czy w związku z tym mistrzowie scenicznych przodów, Jagger i Richards, jedyni teraz pozostający przy życiu oryginalni członkowie TRS, wraz z Woodem, Stonesem od prawie pół wieku, powinni dalej używać tej nazwy? Ile zostało jeszcze Stonesów w Stonesach? Czy mają nadal grać, póki jeszcze żyją? Na szczęście nie mi rozstrzygać te delikatne kwestie, zwłaszcza tuż przed planowaną trasą po USA, planowaną już bez Mr. Charliego, któremu uniemożliwił to stan zdrowia po przebytej niedawno operacji. Zapewne, jeśli tylko sił im starczy, będą grać. I najpewniej zrobiłbym wiele, by móc ich jeszcze ujrzeć w akcji (byle nie na Narodowym w Warszawie).
Stones z racji długowieczności to największa muzyczna góra mojego życia, nikogo i niczego nie da się z nimi porównać. Na pewno więc także nie Briana Maya i Rogera Taylora, którzy od czasu do czasu wskrzeszają nazwę Queen. Zmarły przed kilkoma dniami Charlie Watts to definicja mistrza drugiego planu - Stewart Copeland określił go „cichym olbrzymem". Czy w związku z tym mistrzowie scenicznych przodów, Jagger i Richards, jedyni teraz pozostający przy życiu oryginalni członkowie TRS, wraz z Woodem, Stonesem od prawie pół wieku, powinni dalej używać tej nazwy? Ile zostało jeszcze Stonesów w Stonesach? Czy mają nadal grać, póki jeszcze żyją? Na szczęście nie mi rozstrzygać te delikatne kwestie, zwłaszcza tuż przed planowaną trasą po USA, planowaną już bez Mr. Charliego, któremu uniemożliwił to stan zdrowia po przebytej niedawno operacji. Zapewne, jeśli tylko sił im starczy, będą grać. I najpewniej zrobiłbym wiele, by móc ich jeszcze ujrzeć w akcji (byle nie na Narodowym w Warszawie).
Z czterech najtwardszych toczących się rokendrolowych kamieni jeden odbił w sobie tylko znanym kierunku. Ten, który – to słowa Glenna Matlocka z Sex Pistols - „utrzymywał rytm do ścieżki dźwiękowej naszego życia". Nic to, że zmarł przedwcześnie Brian Jones, że odeszli z zespołu Mick Taylor i Bill Wyman, Dopiero teraz, wraz ze śmiercią Charliego W., czujemy boleśnie, że wszystko, co jest, musi minąć. W 1974 roku, na ostatniej płycie z Taylorem, It’s Only Rock’nroll, dwa znakomite utwory kończą strony analogowej płyty. Stronę pierwszą - pieśń o znamiennym tytule: Time Waits For No One. Czas nie czeka na nikogo. Ani na mnie, ani na Ciebie. Na Wattsa, niezwykłej elegacji mężczyznę, jazzmana grającego rocka, miłośnika koni i wyznawcę spokojnego życia na łonie rodziny – niestety też nie.
Time waits for no one, no favours has he
Time waits for no one, and he won't wait for me
*
„Będziemy tęsknić za Tobą, brachu” - napisał Ringo Starr. Są nas, tęskniących, miliony.
Time waits for no one, and he won't wait for me
*
„Będziemy tęsknić za Tobą, brachu” - napisał Ringo Starr. Są nas, tęskniących, miliony.
