
Ponad dwa lata temu, tuż przed początkiem pandemii koronawirusa, zobaczyłem w akcji Misię Furtak. I dopiero wczoraj, w tym samym miejscu, katowickim „Rialcie”, dane mi było uczestniczyć w kolejnym koncercie – kwartetu o wdzięcznej nazwie Jazzpospolita.
REKLAMA
Nietrudno o pytanie, czy po tak długim blogowym milczeniu to właściwa pora na próbę powrotu. Nie, bo świat kolejny raz oszalał i raczej nie powinno się w obliczu urealniającej się Rzeczpospolitej dwojga narodów zajmować czymś tak niepoważnym, jak nieprofesjonalne gmeranie w słowopisaniu o dźwiękach. Tak, bo życie każdy z nas ma jedno, toczy się ono nieuchronnie naprzód i próbujemy, czasem niemal rozpaczliwie, zachować pozory tzw. normalności. Tak, bo ta wojna, jak każda inna, nie sprawiła, że ludzie przestali mieć
potrzeby innego rzędu,
że muzycy spragnieni są grania i kontaktu z publicznością, a słuchacze koncertów, a nie tylko słuchania nagrań z tego czy innego rodzaju nośników.
Jestem – niestety – w tym wieku, że w coraz większej liczbie przypadków nazwiska i nazwy wykonawców są dla mnie już tylko zbiorem liter przeczytanych tu lub ówdzie, a nie kimś rozpoznanym z głosu i/lub brzmienia, jestem też człowiekiem na tyle starym, że muzyczne odkrycia młodych wykonawców coraz częściej biorę w cudzysłów, bardzo źle reagując np. na zawartość listy tzw. przebojów w Radiu 357. Mam jednak świadomość, że gdzieś po drodze gubię, nie nadążam, nie przyswajam, nie zatrzymuję się nad tymi, którzy zdecydowanie są tego warci.
Jazzpospolita to zespół o kilkunastoletniej już historii, legitymujący się ośmioma pozycjami w dyskografii, którego styl, poza użytym w nazwie terminem, definiują – cytuję za wikipedią – nu-jazz, post-rock, funk, drum'n'bass, ambient, muzyka filmowa czy ilustracyjna. Niezmiernie rzadko zasiadam na widowni, pojęcia nie mając bądź zaledwie blade, czego powinienem się spodziewać. Niespodzianki bywają przykre albo miłe, te drugie są o wiele przyjemniejsze. Jako osoba wychowana na rocku lat 60. i 70., a przy tym wykazująca nieśmiały skręt w stronę jazzu, z każdą kolejną minutą sobotniego koncertu czułem, że jestem „u siebie”. Już spojrzenie na scenę przed występem dawało nadzieję, że będzie
Jestem – niestety – w tym wieku, że w coraz większej liczbie przypadków nazwiska i nazwy wykonawców są dla mnie już tylko zbiorem liter przeczytanych tu lub ówdzie, a nie kimś rozpoznanym z głosu i/lub brzmienia, jestem też człowiekiem na tyle starym, że muzyczne odkrycia młodych wykonawców coraz częściej biorę w cudzysłów, bardzo źle reagując np. na zawartość listy tzw. przebojów w Radiu 357. Mam jednak świadomość, że gdzieś po drodze gubię, nie nadążam, nie przyswajam, nie zatrzymuję się nad tymi, którzy zdecydowanie są tego warci.
Jazzpospolita to zespół o kilkunastoletniej już historii, legitymujący się ośmioma pozycjami w dyskografii, którego styl, poza użytym w nazwie terminem, definiują – cytuję za wikipedią – nu-jazz, post-rock, funk, drum'n'bass, ambient, muzyka filmowa czy ilustracyjna. Niezmiernie rzadko zasiadam na widowni, pojęcia nie mając bądź zaledwie blade, czego powinienem się spodziewać. Niespodzianki bywają przykre albo miłe, te drugie są o wiele przyjemniejsze. Jako osoba wychowana na rocku lat 60. i 70., a przy tym wykazująca nieśmiały skręt w stronę jazzu, z każdą kolejną minutą sobotniego koncertu czułem, że jestem „u siebie”. Już spojrzenie na scenę przed występem dawało nadzieję, że będzie
więcej natury niż elektroniki:
w dołkach startowych znajdowały się klawiatura do spółki z pianinem, gitary elektryczne (nic to, że z komputerem), gitara basowa i perkusja. Przetworniki dźwięku okazały się, zgodnie z przypuszczeniami, elementami służącymi muzyce, a nie samym sobie. Muzyka była elektryczna, ale zdecydowanie liryczna, oparta na melodii, a nie na męczącej powtarzalności motywów, jak to czasem bywa w ambiencie, zdecydowanie bogatsza i bardziej urozmaicona niż zwykle filmowa czy ilustracyjna. Trudno mi dociec, na ile to oczywiste dla tej kapeli, a na ile zasługa nowego składu – z oryginalnego pozostał już tylko basista Stefan Nowakowski, bębniarz Wojciech Sobura miał studyjny romans z zespołem gdzieś na początku drogi, natomiast klawiszowiec Miłosz Olewiecki zaliczał właśnie pierwszy występ. Nie wiem też, na ile trafne jest spostrzeżenie, że floydowska koszulka gitarzysty Michała Milczarka definiuje i jego samego, i tropy, którymi podąża teraz zespół. Mózg i ucho już tak są skonstruowane, że szukają punktów odniesień, przyrównują to, co słyszą, do tego, co dobrze znane i przetrawione. A patentów progresywnych, na których się wychowałem, nie brakowało. Odbicie w stronę jazzu – jakby nieco z Soft Machine, gitarowe zagrywki: a to coś z Frippa, a to z Gilmoura (na szczęście bez tych powyciąganych nut), a to z Howe’a (partia gitary w Kwiatach ciętych, inaczej niż na płycie, to jeden wielki cytat z Yesowego Soon).
Rock progresywny, w najlepszym wydaniu, wyzionął ducha w roku 1980. Klimaty spod znaku Marillionu, Pendragonu czy Riverside – narażę się ich wielbicielom – to dla mnie skansen, epatowanie do znudzenia tymi samymi rozwiązaniami harmonicznymi. Prawdziwy, znakomity progrock odnajdywałem potem w O.K. Computer Radiohead czy w propozycjach naszego rodzimego (i efemerycznego, niestety) Saintbox Ola Walickiego i Gaby Kulki, którego występ zachwycił mnie jakieś dziesięć lat temu. Jazzpospolita podąża niełatwą,
Rock progresywny, w najlepszym wydaniu, wyzionął ducha w roku 1980. Klimaty spod znaku Marillionu, Pendragonu czy Riverside – narażę się ich wielbicielom – to dla mnie skansen, epatowanie do znudzenia tymi samymi rozwiązaniami harmonicznymi. Prawdziwy, znakomity progrock odnajdywałem potem w O.K. Computer Radiohead czy w propozycjach naszego rodzimego (i efemerycznego, niestety) Saintbox Ola Walickiego i Gaby Kulki, którego występ zachwycił mnie jakieś dziesięć lat temu. Jazzpospolita podąża niełatwą,
mało medialną drogą,
proponując muzykę instrumentalną, mieszając – jak rodzimi mistrzowie sprzed dekad, SBB – rock progresywny z jazzem czy jazz-rockiem. Blisko dwugodzinny występ dostarczył sporej dawki energii – momentów allegro i niemal ekstatycznych finałów było znacznie więcej niż na Przypływie, krążku sprzed dwóch lat, w który zaopatrzyłem się po koncercie.
Przyjemne wrażenia kolejny raz mieszają się ze smutną refleksją, że utalentowanych ludzi w Polsce jest więcej, niż daje radę wchłonąć rynek i że miałka popelina ma się znacznie lepiej niż ci, których talent wzięty jest z trochę innych półek, także tych z napisem „kultura muzyczna”.
Przyjemne wrażenia kolejny raz mieszają się ze smutną refleksją, że utalentowanych ludzi w Polsce jest więcej, niż daje radę wchłonąć rynek i że miałka popelina ma się znacznie lepiej niż ci, których talent wzięty jest z trochę innych półek, także tych z napisem „kultura muzyczna”.
(Jazzpospolita, Katowice, Kinoteatr „Rialto”, 26 marca 2022)
