
Van Morrison i Robert Plant jednego dnia - czy może być piękniej?
REKLAMA
*
Po dwóch latach kowidowej przerwy wrócił festiwal Jazz Open w Stuttgarcie. Mniejsza o proporcje terminów „jazz” i „open”, o różną miarę występujących tam artystów, dla mnie istotne jest to, że doczekałem się wreszcie spełnienia wielkiego marzenia, jakim była chęć obejrzenia i wysłuchania na żywo Vana Morrisona. Bilety zakupione w listopadzie 2019 roku o tyle przestały być ważne, że anonsowanego na 2020 i 2021 rok w tym samym dniu festiwalowym Cata Stevensa zastąpili Alison Krauss i Robert Plant. Cóż, trudno dyskutować z faktami. Był to nasz, żony i mój, trzeci i ostatni koncert, najpiękniejszy z możliwych na tym festiwalu.
Po dwóch latach kowidowej przerwy wrócił festiwal Jazz Open w Stuttgarcie. Mniejsza o proporcje terminów „jazz” i „open”, o różną miarę występujących tam artystów, dla mnie istotne jest to, że doczekałem się wreszcie spełnienia wielkiego marzenia, jakim była chęć obejrzenia i wysłuchania na żywo Vana Morrisona. Bilety zakupione w listopadzie 2019 roku o tyle przestały być ważne, że anonsowanego na 2020 i 2021 rok w tym samym dniu festiwalowym Cata Stevensa zastąpili Alison Krauss i Robert Plant. Cóż, trudno dyskutować z faktami. Był to nasz, żony i mój, trzeci i ostatni koncert, najpiękniejszy z możliwych na tym festiwalu.
Trzy zaskoczenia
dla kogoś, kto nieszczególnie pilnie śledzi szczegóły dotyczące tras koncertowych artystów, trzy szybkie konstatacje pomieszane z wielkim wzruszeniem, bowiem od występu Planta z Page’em w katowickim Spodku mijają już, strach liczyć, dwadzieścia cztery lata (a był to wtedy mój „pierwszy raz” i jak dotąd jedyny)… Spostrzeżenie pierwsze: z płytowych duetów AK i RP na żywo zostało niewiele, lider jest tylko jeden: wokal przy stole mikserskim ustawiony był na zasadzie "Robert Plant and his rock band". Rola Pani Krauss sprowadzona została do second, by nie rzec backing vocal z dwoma bodaj wyjątkami, gdy – grzecznie zapowiedziana przez lidera – grała nie tylko pierwsze, dosłownie, skrzypce, ale i miała głos wiodący. Trudno jednak czynić z tego zarzut, takie, kurde, są proporcje: to RP tutaj dowodzi, wymyśla repertuar, ma pomysł na całość, a nade wszystko głos ciągle
jak dzwon.
No i wreszcie, inaczej niż na płytach, kapela – pięcioosobowa – po prostu dosypuje do pieca. Niby materiał z dwóch wspólnych płyt ma inny stylistycznie rodowód, ale jakoś tak się dzieje, że na scenie punkty wyjścia i dojścia są po prostu rokendrolowe.
Wiadomo było od pierwszego koncertu duetu w USA, że setlista obejmuje też trzy numery z czwartego albumu Led Zeppelin. Bajko ty moja, gdy dwudziestotrzyletni Robert P. z kumplami wydawał najsłynniejszą płytę kwartetu, Alison Krauss właśnie przychodziła na świat. Nieuchronnie starzejący się frontman jednej z najlepszych grup w historii jest wciąż samcem alfa. Nikt nie protestuje, wszyscy na widowni są szczęśliwi, bo mistrz kolejny raz udowadnia, że jest mistrzem. W Stuttgarcie ze słynnej „czwórki” wybrzmiały dwie pieśni: cudownie lekko zaaranżowany Rock’n’roll, rozpięty gdzieś między rockabilly a honky tonk, i When The Levee Breaks, monumentalny, skrzypcowo-psychodeliczny i na koniec potężnie gitarowy – bezdyskusyjnie najwspanialszy fragment koncertu.
Zbyt krótkiego,
bo artyści zeszli ze sceny po sześćdziesięciu pięciu minutach, kończąc numerem Everly Brothers Gone, Gone, Gone, a na dziesięciominutowy bis serwując Stick With Me Baby tychże EB oraz Can’t Let Go. W festiwalowych dekoracjach pięć kwadransów jest do wybaczenia, choć minęły bardzo szybko. Było wspaniale, Plant wciąż zasługuje na miłość starych fanów. A jako heteroseksualny facet mogę tylko z zazdrością i rozczuleniem odnotować fakt, iż jedna z fanek trzymała w dłoniach pokaźnych rozmiarów karton, na którym napisała: „Robert, ożeń się ze mną”.
Setlista: https://www.setlist.fm/setlist/robert-plant-and-alison-krauss/2022/schlossplatz-stuttgart-germany-43b2b353.html
(Robert Plant & Alison Krauss, Jazz Open, Stuttgart, 16 lipca 2022)
