14 lipca na Jazz Open w Stuttgarcie. Ta pani, którą przyszliśmy zobaczyć, otwierała koncert. Po niej na scenie pojawiły się jeszcze dwie popowe gwiazdki.

REKLAMA
*
Obrazek pierwszy: rok 1985, popołudniowo-wieczorne spotkanie z przyjaciółmi (po tylu latach znajomości nie muszę obawiać się tego słowa) i szybko w rozmowie pojawiające się pytanie: „Słuchaliście dzisiaj Manna? (chodziło o godzinny, emitowany w sobotnie południe, program Wojciecha Manna w Trójce). Kto kogo pytał, już nie pamiętam, ale entuzjazm wobec zaprezentowanej muzyki był wspólny.
W latach 80. do Polski dotarły nagrania kilku pań. Kobiety, zdawało się, są
w natarciu:
Tracy Chapman, Enya, Tanita Tikaram, Sinead O’Connor, Edie Brickell z The New Bohemians (trudno też przemilczeć Annie Lennox z Eurythmics, Elisabeth Frasier z Cocteau Twins czy Lisę Gerard z Dead Can Dance, choć te akurat klimaty mnie nie poruszyły). Z solistek pierwsza pojawiła się Suzanne Vega i to utwory z jej debiutanckiej płyty uwiodły sporą rzeszę słuchaczy. Bo też tęsknota za krainą łagodności, dobrym głosem, gitarą akustyczną czy fortepianem, brzmieniami bez nadmiaru prądu i decybeli będzie w ludziach zawsze. A
nostalgia Vegi
natychmiast kojarzyła się z dokonaniami duetu Simon & Garfunkel czy Catem Stevensem.
Popularność artystki, co najczęstsze w tej branży, przygasła. Ma w dorobku dziesięć płyt, ale wciąż jest aktywna, czego nie da się powiedzieć o wszystkich wyżej wymienionych. To, że otwierała środowy koncert, że występowała przed gwiazdkami urodzonymi w 1994 (Celeste) i 1997 (Jorja Smith), to dla takich jak ja słuchaczy smutne, ale z faktami trudno przecież dyskutować.
Obrazek drugi: 14 lipca 2022. Słońce operowało jeszcze mocno, gdy wyszła na scenę w towarzystwie Gerry’ego Leonarda. Ubrana na czarno, w żakiecie i cylindrze, których pozbyła się zaraz po pierwszej piosence - Marlene On The Wall. Z ufarbowanymi na blond włosami do ramion wyglądała inaczej, niż pamiętamy ją sprzed lat, jako chłopczycę – była bardzo kobieca, naturalna, bez grama, tak na męskie oko, botoksu. Prezentowała się świetnie. Muzycznie też trudno do czegokolwiek się doczepić. Niedługa setlista bazowała na

nagraniach z pierwszych płyt,
tych, które przyniosły jej rozgłos i popularność, które najlepiej zostały zapamiętane przez słuchaczy. SV śpiewała i w większości utworów grała na gitarze akustycznej, Gerry Leonard obsługiwał gitary elektryczne i za sprawą stosowanych przystawek czynił całkiem szerokie tło, czasem – jak w przypadku największego hitu, Luki, aż za gwałtowne, zbyt głośne. Ponieważ jednak w przypadku takich balladowo-folkowych klimatów nie przepadam za perkusją nachalnie wybijającą rytm, taki w sumie bardzo oszczędny zestaw instrumentów przyjąłem z ulgą.
Nie obyło się bez cytatów:w When Heroes Go Down wplotła Costellowy Lipstick Vogue, a zaraz potem wykonała Walk On The Wild Side Lou Reeda. Całość zamknęła wspomnianym Luką i drugim przebojem z albumu Solitude Standing, Tom’s Dinner. Trzy kwadranse minęły szybko, pozostawiły niedosyt tym większy, że bisu już nie było.
To, co wydarzyło się potem, skierowane było do zupełnie
innej klienteli: młodszej i popowej.
Celeste z dobrym głosem, gdzieś pomiędzy Amy Winehouse i Adele, ale nużąca liniowością wykonań i forsownym (jak kiedyś W. Houston) głosem zmęczyła mnie godzinnym setem, Smith, kolejna, ledwie dwudziestopięcioletnia gwiazdka może z nieco bardziej urozmaiconym stylistycznie zestawem piosenek, ale za często dryfujących w stronę hip-hopu, z głosem znacznie skromniejszym niż Celeste, dobiła mnie do reszty. Pop, nawet rozpisany na wiele instrumentów (a nie komputery), nie jest moją bajką. Niewiele się tam dzieje, za to szybko ulega procesowi starzenia. Wątpię, by o tych paniach ktoś za dziesięć lat pamiętał, rynek wszak nieustannie potrzebuje świeżej krwi.
Setlista: https://www.setlist.fm/setlist/suzanne-vega/2022/schlossplatz-stuttgart-germany-4bb2b35a.html
(Suzanne Vega, Celeste, Jorja Smith, Jazz Open, Stuttgart, 14 lipca 2022)