Cave jest mistrzem w wymyślaniu, a może raczej wydobywaniu ze swego wnętrza pieśni przeczystej piękności.

REKLAMA
*
Na Jazz Open w Stuttgarcie nie było żadnych problemów, na OFF Festivalu też nie. Bilety zakupione w 2019 roku po prostu zachowały swą ważność, jeśli ich posiadacz nie wykonał żadnego ruchu. Tymczasem w Gliwicach, za sprawą firmy
e.bilet.pl
lekko licząc setka ludzi po odmownej reakcji czytników została odesłana do kasy, a tam, z tych czy innych powodów, pewnie zdecydowana większość usłyszała, że ich bilety utraciły ważność („Usłyszała” to określenie na wyrost, bo szyba kasowa nie była wyposażona w otwór umożliwiający jakąkolwiek rozmowę – zresztą, i tak nie było z kim gadać. Z żoną na szczęście byliśmy w tej kolejce z samego przodu, bo posuwała się do przodu wolniej niż trzystuletni żółw. Stan konta pozwolił nam na… zakup nowych biletów (koncert na nasze szczęście nie został wyprzedany). Nie wiem, jakie były losy stojących za nami. Popędziliśmy do wejścia, była prawie 20.00, nominalny początek koncertu, a przed jedną z bram stało jeszcze kilkaset osób. Oj, dobrze się zastanowimy, zanim znów wybierzemy się do Gliwic, zanim znów skorzystamy z usług e.bilet.pl i ich pośredników…
Wpadliśmy na widownię dosłownie w ostatniej chwili, zamiast stanu gotowości do muzycznej uczty mieliśmy w sobie mnóstwo złych emocji i upłynęło trochę czasu, nim oczyściliśmy nieco głowy, by oddać się wyłącznie muzyce.
Zaczęło się ostro,
z przytupem,
od Get Ready For Love i There She Goes My Beautiful World, żeby nie było wątpliwości co do rockowej proweniencji całego zajścia. Gitara, bas, klawisze, bębny, skrzypce lub gitara, trzyosobowy chórek i lider. Albo biegający po wybiegu niczym Brian Johnson Angus Young lub przynajmniej Bono, albo zasiadający do fortepianu. W nieodłącznym garniturze i białej, rozpiętej pod szyją koszuli, z elegancją kojarzącą się z Bryanem Ferrym – jakże to inny obrazek od rozebranego do połowy Iggy’ego Popa dzień wcześniej na OFF-ie! Kiedy już rozgrzał siebie i publiczność, gdy gorąca reakcja pod sceną przekonała go, że czekano tu na niego, że znają go tu i kochają (nb. podobno zupełnie nierozpoznany wypił kawę w katowickim centrum handlowym Silesia City Center), zaczął stopniowo zwalniać i budować nastrój. To wtedy wybrzmiał Jubilee Street, w zasadzie utwór zbudowany na jednym motywie, ale urody tak niebywałej, że zakochałem się w tych nutach przed laty od pierwszego słuchania. Nie ja jeden, sądząc po reakcji widowni.
W ogóle Cave jest mistrzem w wymyślaniu, a może raczej wydobywaniu ze swego wnętrza pieśni przeczystej piękności. Patrzyłem na niego, słuchałem i zastanawiałem się, kim właściwie jest:
showmanem, kapłanem, szamanem?
Każdym po trochu. Fortepian jakoś będzie go łączył z Eltonem Johnem i Billym Joelem. Tyle że Australijczyk nie całkiem mieści się w rockowej formule – bliżej mu może do Tori Amos. To ukochane przeze mnie anglosaskie „pomiędzy”, te stany pośrednie między bielą i czernią, między krzykiem i milczeniem, czasem jednak ustępują miejsca klimatom paryskim i, rzadziej, tym z Brechta i Weilla, artysta nie boi się wysokiego C, wręcz monumentalności. Jego osobiste doświadczenia ostatnich lat jeszcze bardziej w tym go umacniają, uprawniają do sięgania po takie środki artystycznego wyrazu (pierwsze bisowanie zakończył utworem Ghosteen Speaks). Budowanie klimatu też jest u niego zgoła nierockowe, raczej aktorskie: stosuje wyjątkowo długie przerwy między poszczególnymi utworami, wielokrotnie tocząc wtedy dialog z publicznością.
Istotą sprawy jest jednak muzyka. Ja te jego klimaty, wyciszenia i „nudziarstwa”, kupuję. I na płytach, i na koncercie podawane są z wielkim smakiem, kulturą, pełną świadomością, że nastroje trzeba zmieniać. Bo podczas koncertu jest jak w życiu, emocje zmieniają się raz po raz. Nick Cave, świetnie dysponowany, raz po raz dziękował za ciepłe przyjęcie i odwdzięczył się najpiękniej, jak to możliwe: dał blisko dwuipółgodzinny koncert, okraszony dwoma bisami, pierwszym aż potrójnym. Osobiście dostałem więcej, niż oczekiwałem. Zachwycony, bijąc mu gorące brawa na sam koniec, nie zastanawiałem się, gdzie podziewają się pieniądze za bilety zakupione w 2019 roku.
(Nick Cave & The Bad Seeds, Gliwice, Arena, 7 sierpnia 2022)