Maciek, mój młodszy z synów-bliźniaków, zawodowo parający się dziennikarstwem, powiada, że nie ma nic bardziej nieaktualnego niż wczorajsza gazeta. Mając świadomość, że lepiej publikować coś na gorąco niż po kilku tygodniach, wracam jednak do OFF Festivalu A.D. 2022. To przecież ciągle ostatni OFF…

REKLAMA
Rozrzut stylistyczny
olbrzymi – to zaleta. Dla metodycznych konsumentów muzyki taki festiwal to jednak cierpienie: konieczność wybierania, rezygnacji, przemieszczania się pomiędzy scenami, z założenia więc jakaś niepełność, poczucie straty oraz wątpliwości co do dokonanych wyborów.
Mieszkam w Katowicach, a na OFF-ie byłem pierwszy raz. Metryka już nie ta, doświadczenia wielogodzinnego stania pod sceną z festiwali „Ku przestrodze” albo „Męskiego grania” niestety dosłownie już bolesne, odporność kręgosłupa znacznie mniejsza.
OFF w wielości scen i konieczności zaspokojenia również ciała, a nie tylko ducha, daje osobliwe wytchnienie: w tłumie ludzi trzeba jednak na pewien czas przycupnąć, coś zjeść, a w sprzyjających warunkach pogodowych, zwłaszcza w godzinach jeszcze popołudniowych, można słuchać, siedząc czy nawet leżąc na trawie. Kiedyś, o zgrozo, zlekceważyłem The Stooges i Patti Smith, w 2019 roku stwierdziłem, że nie odpuszczę Iggy’ego Popa.
Piątek zdecydowanie udany, od razu powiem, nie będę udawać, żem taki na wskroś osłuchany, kapele, o których poniżej, usłyszałem pierwszy raz. Natłok innych zajęć sprawił, iż nawet nie zajrzałem do internetu i YouTube’a, by nabrać choć jakiej-takiej orientacji.
Weszliśmy z żoną we właściwym momencie. Na scenie głównej zaczął właśnie grać amerykański kwartet
DIIV.
Solidne gitarowe granie zawsze będzie sprawiać, że nie przejdę obojętnie mimo, zaś „shoegaze” to termin, który właśnie sobie przyswoiłem. Cóż, jest różnica między szalonym hard rockiem z przełomu lat 60. i 70., a tym, co w brytyjskim graniu pojawiło się pod koniec lat 80., równo z zaoceanicznym grunge’em. Muzyczne ramy wyraźniej zakreślone, sześciostrunowe solówki owszem, ale bardziej zdyscyplinowane, nie tak opętańcze i szaleńcze. Czy nawiązujący do tych klimatów Amerykanie z Nowego Jorku zaznaczą swoją obecność na muzycznym rynku wyraźniej, trudno dociec. Kapela jest po przejściach, dotąd wydała trzy albumy, działa od 2011 roku, ale w 2016 zamilkła na trzy lata i potem nastał covid. Trzy kwadranse ich grania w Katowicach były bardzo przyjemne.
Ride
– o, tak… Shoegaze u źródeł. Kapela powstała w 1988 roku, w 1996 muzycy zajęli się innymi projektami (Andy Bell został basistą Oasis), by znów połączyć siły w 2014 roku. Artur Rojek zaprosił ich, proponując, by zagrali debiutancki krążek Nowhere z rolu 1991. Tu klimaty, które zafascynowały trzy dekady temu muzyków Myslovitz, mieliśmy jak na dłoni. Znakomity koncert zupełnie mi dotąd nieznanego, dowodzonego przez Marca Gardenera i Andy’ego Bella kwartetu – czy powinienem się wstydzić? - nastroił mnie bardzo pozytywnie tego wieczoru. Trzeba będzie poszperać tu i ówdzie i sprawdzić ceny ich wydawnictw.
Bikini Kill,
cztery panie z USA w zaawansowanym już wieku, kiedyś postpunkówy z początków lat 90. Czy dziś, gdy nauczyły się już grać (one nawet zmieniały się, gdy chodzi o miejsce na scenie, np. perkusistka stawała przy mikrofonie, a basistka przewieszała przez ramię wiosło sześciostrunowe), to jeszcze ciągle punk, czy jego karykatura? Czy to, co stanowiło o buncie młodego człowieka, jest równie prawdziwe wtedy, gdy szósty krzyżyk zagląda w oczy? Pal licho takie czy inne odpowiedzi na te pytania. Solidne granie kawałków, które trwają około 90 – 120 sekund to naprawdę coś w 2022 roku. Kiedyś wydawało się, że rock zrywa łańcuch dziejów muzyki, a punk jest pękniętym ogniwem w historii rocka. Po latach bardzo wiele rzeczy po prostu stało się klasyką. W 1965 roku The Who obwołano epigonami Beatlesów i Stonesów. Gdyby pójść tym tokiem rozumowania, co można by powiedzieć o Bikini Kill, które u progu ostatniej dekady XX wieku, po kilkunastu latach nawiązywały do brytyjskiego punka i post-punka? I o tych wszystkich, którzy wciąż jeszcze chcą grać na gitarach?
*
W sobotę na scenie pojawił się sam ojciec-dyrektor.
Artur Rojek
zagrał gościnnie w Mieć czy być podczas koncertu braci Kacperczyków. To był numer Myslovitz z ich najsłynniejszego krążka – Miłość w czasach popkultury. AR tak dosypał do pieca, że przypomniał mi się występ mysłowiczan na „Ku przestrodze” w Paprocanach bodaj w 2005 roku. Kończyli pierwszy dzień tamtego festiwalu, byli w swej szczytowej formie, a lider już bodaj po pierwszym czy drugim kawałku powiódł wzrokiem po widowni, pięknym otoczeniu (las i jezioro) i powiedział: „Piękny festiwal tutaj macie. I tak blisko Mysłowic...”. Czy to nie wtedy zrodził się w jego głowie pomysł na OFF?
Po tym gitarowym popisie nie mam wątpliwości, co gra w duszy Rojka (gitary, rokendrol!) stawiam sto piw przeciwko jednemu, że kiedyś – w ramach świetnego pomysłu, by zaproszony wykonawca zagrał cały materiał z jednej wybranej płyty – na OFF-ie zobaczymy oryginalny skład Myslovitz grający piosenki z ich najważniejszej płyty. To by było coś!
(Ride, Bikini Kill, DIIV, Katowice, OFF Festival, 5 sierpnia 2022)